Zobacz Śląsk!
 Zobacz Śląsk! > Bytom > ŚLĄSK W PRASIE
Ślůnske Nowiny!
UWAGA! Wystartował pierwszy śląski serwis informacyjny! Jego celem jest przedstawianie aktualności i komentarzy do nich PO ŚLĄSKU. Redakcja Ślůnskich Nowin poszukuje redaktorów-wolontariuszy! czytaj Nowiny

Archiwum prasowe
  • 2006 listopad
  • 2006 październik
  • 2006 wrzesień
  • 2006 sierpień
  • 2006 lipiec
  • 2006 czerwiec
  • 2006 maj
  • 2006 kwiecień
  • 2006 marzec
  • 2006 luty
  • 2006 styczeń
  • 2005 grudzień


  • Bytom w ZŚ!
    I Ty pomóż w tworzeniu serwisu bytomskiego w Zobacz Śląsk!

    Śląsk w prasie

    Studenci z całego świata tańczą w Śląsku
    Dziennik Zachodni 2009-09-02, Monika Pacukiewicz Studenci z całego świata tańczą na ulicach śląskich miast


    Koniec historii w Gliwicach
    Gazeta Wyborcza 2009-08-31, Jacek Madeja Gliwickim tramwajom zagrali marsz żałobny
    Kilka śląskich miast szykuje się do sporych inwestycji w tramwaje. Gliwice na odwrót, całkowicie z nich zrezygnowały. W poniedziałek odbyło się uroczyste pożegnanie, z marszem żałobnym i przemowami.
    O tym, że tramwaje są zbyt drogie i bardziej opłaca się je zastąpić autobusami, gliwickie władze zaczęły wspominać na początku roku. Urzędnicy wyjaśniali, że remontowanie wysłużonych torowisk i dokładanie do zdezelowanego taboru to finansowy worek bez dna.
    Później sprawy potoczyły się błyskawicznie. Kiedy prezydent Zygmunt Frankiewicz oficjalnie przyznał, że nie chce tramwajów w mieście, rozpętała się prawdziwa burza. Magistrat pikietowali gliwiczanie i związkowcy. Domagali się, by o losie tramwajów mogli zdecydować w referendum wszyscy mieszkańcy. Przeciwko planom magistratu jednoznacznie opowiedzieli się też naukowcy i specjaliści od transportu. Przekonywali, że decyzja Gliwic to coś wyjątkowego na tle innych europejskich miast, bo większość z nich docenia zalety pojazdów na szynach. Urzędnicy pozostali jednak głusi na te argumenty i przesłali do Komunalnego Związku Komunikacyjnego GOP wniosek o zawieszenie obydwu linii 1 i 4, które kursują w mieście. Po tym, jak KZK GOP na ten wniosek przystał, los gliwickich tramwajów został przypieczętowany.
    W poniedziałek kilkudziesięciu, najbardziej wytrwałych przeciwników likwidacji spotkało się przed magistratem, by jeszcze raz zamanifestować swoje przywiązanie do tramwajów. Przypomnieli 115-letnią karierę komunikacji szynowej w mieście, a gdy na przystanek nieopodal urzędu podjechał przystrojony czarnymi zasłonami wagon, rozległ się marsz żałobny. - Podjęcie takiej decyzji to skandal, a prezydent powinien się wstydzić. Stracą na tym wszyscy: mieszkańcy, bo będą mieli gorszy dojazd do Zabrza i kierowcy, bo centrum się zakorkuje - przekonywał Jerzy Blicharz, jeden z uczestników manifestacji. (...)
    Pożegnanie ostatniego tramwaju w Gliwicach (naprawdę ostatni kurs wyznaczono we wtorek na godzinę 3.22 z pętli w Wójtowej Wsi) wcale nie oznacza jednak finału całej historii. Społecznikom z Obywatelskiego Komitetu Obrony Tramwajów nie udało się zmusić władz Gliwic do cofnięcia decyzji, więc teraz - wspólnie z innymi organizacjami - dążyć będą do ich odwołania. W poniedziałek wszystkim świadkom manifestacji rozdawali naklejki z wizerunkiem tramwaju i liczbą 33 000. Chodzi o to, że tylu gliwiczan musiałoby wziąć udział w referendum w sprawie odwołania prezydenta, żeby głosowanie było ważne. W połowie sierpnia organizatorzy akcji przekazali komisarzowi wyborczemu listy z podpisami mieszkańców pod wnioskiem o zorganizowanie referendum. Ten najprawdopodobniej na początku września po zweryfikowaniu listy podejmie decyzję w tej sprawie. Obrońcy tramwaju już teraz są przekonani, że do takiego głosowania dojdzie. - Odwołamy prezydenta, wybierzemy nowego, a wtedy tramwaje wrócą - zapewniała pod urzędem Katarzyna Lisowska z OKOT. (...)

    Śląski skarb będzie filarem autonomii?
    Dziennik Zachodni, Agata Pustułka 2009.02.11, Śląski skarb ma szansę stać się filarem autonomii
    Europejski Bank Inwestycyjny - czyli bank Unii Europejskiej, udzielający długoterminowych pożyczek - stwarza niepowtarzalną możliwość powołania przez Górnośląski Związek Metropolitalny Funduszu Urbanistycznego. Mógłby on się stać namiastką śląskiego skarbu!
    Powołując Fundusz, Związek dostałby sporą gotówkę i możliwość realizacji wspólnych inwestycji na miarę metropolitalnych ambicji. Dziś GZM pozostaje instytucją o niewielkim wpływie na rzeczywistość. Praktycznie jedyny sukces GZM to stworzenie wspólnego systemu naboru do szkół ponadgimnazjalnych. Powołując Fundusz, GZM zyskałby na znaczeniu i dysponowałby pieniędzmi niezależnymi od budżetu państwa.
    Jest jednak kilka problemów: po pierwsze gminy musiałyby się złożyć na Fundusz, po drugie Fundusz musiałby uzyskać zgodę ministra finansów na rozpoczęcie działalności.
    Wkład własny gmin powinien wynieść minimum 10 mln euro (ok. 45 mln zł). W przeliczeniu na jednego mieszkańca miast wchodzących w skład GZM byłoby to ok. 23,5 zł.
    - Europejski Bank Inwestycyjny oferuje pomoc techniczną. Fundusz musiałby powołać swoją radę, która kontrolowałaby działania Funduszu i opiniowała wspólne projekty. Wiem, że to niełatwe, ale pomoc z Unii nie będzie wieczna, a taki Fundusz może z powodzeniem funkcjonować przez wiele lat. Tak działa chociażby Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska - mówi eurodeputowany Jan Olbrycht.
    Zdaniem posła PO, Jana Rzymełki, Fundusz nie mógłby funkcjonować poza systemem finansowym Polski, a zatem jego powołanie wymagałoby prawdopodobnie jakiś rządowych gwarancji.
    - Generalnie podstawą działania metropolii są pieniądze. Konieczny byłby zapis w konstytucji, że metropolie, tak jak choćby powiaty, mają swoje źródła dochodów - twierdzi poseł Rzymełka. - Musimy wywalczyć ten zapis przy nowelizacji konstytucji.
    Górnośląski Związek Metropolitalny powstał na fali zachłyśnięcia się ideą metropolii. Jednak reszta kraju z niechęcią patrzy na śląskie ambicje. W tym należy też upatrywać ogromnych problemów z ustaleniem ostatecznej wersji ustawy metropolitalnej (...)
    Śląsk gwałtownie potrzebuje nowych pomysłów i ma potężne atuty, by je realizować. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego wraz z Instytutem Badań nad Gospodarką Rynkową w tym roku po raz kolejny najwyżej w Polsce oceniły atrakcyjność inwestycyjną województwa śląskiego w trzech kategoriach: przemysłowej, usługowej i zaawansowanej technologiczne. (...)

    Naprawdę śląskie Muzeum Śląskie
    Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki, 2008.11.09, Muzeum Śląskie chce być naprawdę śląskie
    W nowym Muzeum Śląskim będzie stała wystawa poświęcona historii i tradycji regionu. Opisy będą także w mowie śląskiej. - Jeśli ekspozycja ma być wiarygodna, to nie może zabraknąć również języka mówionego, którym posługują się mieszkańcy - mówi dyrektor muzeum Leszek Jodliński.
    Budowa nowej siedziby muzeum, na terenie dawnej kopalni Katowice rozpocznie się dopiero w 2010. Choć potrwa dwa lata, pracownicy już dziś planują, jak wykorzystają nowy gmach. Kiedy okazało się, że w Muzeum Śląskim nigdy nie było stałej wystawy o Śląsku, jego szef Leszek Jodliński zdecydował, że taka wystawa być musi. - Chodzi przecież o tworzenie tożsamości regionu. Musimy pokazać Śląsk jako miejsce na mapie Europy - mówi Jodliński.
    Dyrektor chce, by opisy na tej wystawie były także w mowie śląskiej. - To niematerialne dziedzictwo, których muzea muszą również strzec. Opisy w mowie śląskiej zwiększą szansę na jej przetrwanie w przyszłości. Będzie to też pewna nobilitacja języka mówionego, którym posługuje się wielu mieszkańców regionu - wyjaśnia Jodliński.
    To nie koniec nietypowych pomysłów na Muzeum Śląskie. W miejscu gdzie zostanie wybudowane, nie zabraknie zieleni. Jodliński nie chce wyłącznie roślin, które można kupić w każdym dobrze wyposażonym sklepie ogrodniczym, czy znaleźć w branżowych katalogach. Woli by teren muzeum upiększały również rzadkie i zagrożone wyginięciem rośliny z Górnego Śląska. (...)

    O Biesie Wańku po śląsku, polsku i niemiecku
    Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki, 2008-11-03
    Nauczyciel z Górek Śląskich postanowił, że przy wjeździe do wsi stanie tablica z legendą o powstaniu tego miejsca. Zapisano ją po polsku, niemiecku i śląsku. To pierwsza taka tablica w regionie.
    Bardzo downo tymu, niyjaki Miyszko, kery był piyrszym ksiyńciym śląskim, postawiył wielko warownia nad brzegym Odry i dali ji na miano Racibórz. Było to nojprzod pora drzewiannych chałup ogrodzonych płotym ze zaszpicowanych kołow, przed kerym wykopali glymboki przikopy i napuscili do nich wody ze rzyki - tak rozpoczyna się legenda o powstaniu Górek Śląskich, którą napisał Henryk Postawka, mieszkaniec wsi i nauczyciel w rybnickim Gimnazjum nr 4 oraz sekretarz Towarzystwa Piastowania Mowy Śląskiej Danga. Z polskiego na śląski opowieść przetłumaczył Bogdan Dzierżawa, laureat pierwszego konkursu Po naszemu, czyli po śląsku z 1993 roku.
    Dzięki staraniom Postawki tablica z tekstem legendy stanęła niedawno przy wjeździe do Górek Śląskich. Oprócz wersji śląskiej, legendę spisano jeszcze po polsku i niemiecku.
    - Dla prestiżu śląskiej mowy ważne jest, żeby wyszła z domów na ulice i place wsi i miast. Takie tablice pomogą uświadomić młodym Ślązakom, że język naszych dziadków to nie jakaś ułomna i gorsza odmiana języka polskiego o ograniczonej funkcjonalności - wyjaśnia swoje intencje Postawka.
    Przyznaje, że zainteresowanie historią swojego heimatu zawdzięcza nieżyjącemu już Zygfydowi Weinerowi, który prowadził kronikę miejscowości w języku polskim i niemieckim. - Zacząłem szukać informacji o Górkach Śląskich, ale jak chce się rozmawiać z ludźmi stąd, to trzeba mówić po śląsku. Odwiedzałem więc mieszkańców i z kawałków ich opowieści ułożyłem legendę o Wańku, rycerzu który założył wieś - dodaje Postawka.
    Według legendy Waniek, właściciel Bożej Góry (tak zwano jeszcze wtedy wieś) z rycerza stał się pospolitym rozbójnikiem, który napadał na kupców. Nazywano go Jastrzębiem lub Biesem. W końcu jego eskapady przerwał książę raciborski, który zorganizował wyprawę przeciw rzezimieszkowi. Wańka zabito, a w Górkach osiedlili się nowi mieszkańcy.
    Tablica z legendą w trzech wersjach kosztowała 3 tys. zł. Sfinansował ją Urząd Gminy w Nędzy.
    Anna Iskała, wójt Nędzy jest dumna z tablicy i jej pomysłodawcy. - Jestem Ślązaczką i język śląski jest mi bardzo bliski. Musimy się nim chwalić. Nie mam też żadnych uprzedzeń narodowościowych i gdyby na tablicy było więcej miejsca, to legenda byłaby też po angielsku. W końcu jesteśmy w Europie - mówi Iskała. (...)

    Tragedia Ślązaków w Discovery!
    Przegląd Lokalny Knurów, B. Kwiatkowska, III.2008
    Tradycyjnie w pierwszą niedzielę po obchodach św. Jadwigi Śląskiej na Górze Św. Anny odprawiona zostanie Msza Św. w intencji ofiar śląskiej tragedii z lat 1945-1948 oraz o pomyślność wszystkich mieszkańców historycznego Górnego Śląska. Kazanie zostanie wygłoszone już po raz trzeci w języku śląskim. Po Mszy przewidziano także krótki wykład na temat możliwości zastosowania języka śląskiego w liturgii.
    Zapraszamy w niedzielę, 19 października, o godz. 11.30 na Górę św. Anny.
    Przegląd Lokalny:
    - Asiu światło. Kręcimy! Teraz niech pan kucnie, proszę zapisywać coś w zeszycie, bohater pisze pamiętnik... nie tak miarowo, to musi wyglądać naturalnie, spontanicznie - takie komendy padały z ust reżyser Marii Miętus, która kręciła w Knurowie fragmenty dokumentu poświęconego wywózce górników z Górnego Śląska do łagrów sowieckich.
    Ekipa filmowa stacji telewizyjnej Discovery Historia TVN gościła w knurowskiej Izbie Tradycji 27 lutego. Dzięki uprzejmości kopalni Knurów, a za pośrednictwem kustosza Izby, Bogusława Szyguły mogła skorzystać z jej pomieszczeń oraz eksponatów, które miały oddać charakter wydarzeń z 1945 roku.
    Realizacją projektu zajmuje się dziennikarka, reżyser Maria Miętus, która korzysta z scenariusza autorstwa Jolanty Drużyńskiej oraz Stanisława M. Jankowskiego.
    Pierwsza część dokumentu pod tytułem Wielkie polowanie dosłownie przedstawia polowanie żołnierzy Armii Czerwonej na oficerów Armii Krajowej, pochodzących z Lubelszczyzny, Śląska, Krakowskiego, Białostocczyzny, Tarnowskiego. Druga, bliższa może mieszkańcom Knurowa, poświęcona jest wywózce górników z terenów Śląska do sowieckich obozów pracy. - Chcemy przede wszystkim pokazać ogrom tej tragedii. Film ma przypominać te traumatyczne wydarzenia, o których się nie mówiło, pomijało milczeniem - wyjaśnia intencję dokumentu Jolanta Drużyńska.
    Scenariusz opracowany został na podstawie rozmów z ludźmi, którzy przeżyli wywózkę, z rodzinami ofiar, między innymi z synem pierwszego dyrektora kopalni w Knurowie, Maksymiliana Chroboka, wywiezionego do sowieckiej niewoli. - Współpracujemy także z historykami Instytutu Pamięci Narodowej. Otrzymaliśmy od nich dokumentację, fotografie rodzin wywiezionych. Tutaj należą się wielkie podziękowania dr Dariuszowi Węgrzynowi, który opatrzył komentarzem historycznym te wydarzenia.
    Ale najważniejszym, żywym dowodem na to, co się stało w 1945 roku są rozmowy, jakie przeprowadziliśmy z osobami, bezpośrednio dotkniętymi tą tragedią. I to one są bohaterami naszego dokumentu - zaznacza Jankowski.
    Ekipie filmowej udostępniono tak że nadszybie szybu Paweł. Opuszczający właśnie szychtę górnicy wzięli udział w ujęciach, które odtwarzały moment przejęcia pracowników kopalni przez żołnierzy Armii Czerwonej. W Izbie Tradycji nakręcono fragmenty, przedstawiające podróż górników wagonami bydlęcymi do łagrów ówczesnego ZSRR, pobyt w łagrach, a także sceny z przymusowej pracy w kopalniach rosyjskich.
    Wskazówek oraz sugestii, co do zgodności szczegółów fabularnych z rzeczywistością wydarzeń historycznych, udzielał ekipie również Bogusław Szyguła, który nie tylko przyglądał się pracy profesjonalistów, ale co więcej, wcielił się w postać Maksymiliana Chroboka i zagrał w jednej ze scen.
    - To niesamowite wrażenie. Jednak najbardziej cieszę się z tego, że dzięki Discovery cały świat dowie się o tej naszej regionalnej tragedii. Niestety, podobnie jak o zbrodni katyńskiej, mówi się o tym tylko lokalnie, więc powstanie tego dokumentu to szansa na zapoznanie z tym tematem nie tylko innych regionów Polski, ale ponadto innych części świata - dzielił się z nami emocjami towarzyszącymi kręceniu dokumentu Szyguła.
    Gotowy dokument o zbrodniach sowieckich będzie można obejrzeć prawdopodobnie najwcześniej w okolicach września.

    Dyktando Śląskie po raz drugi!
    www.ZobaczSlask.pl, 2008.10.13
    Już po raz drugi możemy sprawdzić swoją znajomość języka śląskiego w ogólnopolskim dyktandzie - ruszyło II Dyktando Śląskie!
    Do 10 listopada 2008 roku można przysłać e-mailem swoją pracę po śląsku. Jak to zrobić? Bardzo prosto - wystarczy wejść na stronę www.dyktando.org, odsłuchać nagranie dyktanda, zapisać je i przesłać je drogą elektroniczną. Lista uczestników wraz z ocenami prac będzie udostępniona na www.dyktando.org, a zwycięzcy zostaną dodatkowo powiadomieni osobiście e-mailem.
    Tekst tegorocznego Dyktanda jest krótszy niż w zeszłym roku, ale dyktando nie jest wcale łatwiejsze. Tym razem organizatorzy Dyktanda nagrali jego treść w pomieszczeniu z pogłosem, tak by utrudnić zrozumienie tekstu. Zdecydowano się na taki krok, po głosach, jakoby materiał I Dyktanda, nagrany w profesjonalnym studiu radiowym, był zbyt sterylny i mocno różnił się on od brzmienia języka śląskiego słyszanego na ulicy. Będzie więc zatem naturalniej, ale trudniej. Teraz trzeba bardziej znać język śląski, by zrozumieć opowieść. Zresztą przekonaj się - posłuchaj dyktanda i sprawdź czy jesteś w stanie go napisać.
    Organizatorzy jednak wprowadzili w tym roku również szereg udogodnień dla uczestników Dyktanda. Nie będziemy mieć już problemu z zapisaniem tekstu Dyktanda śląskimi znakami. Nawet jeśli nie mamy ich ustawionych na swoim komputerze, możemy skorzystać z udostępnionego na stronie Dyktanda specjalnego notatnika, gdzie wszystkie znaki można łatwo zastosować. Przed zapisaniem swojej pracy można się zapoznać z listą najpopularniejszych błędów i sposobami w jaki można ich uniknąć. Na stronie znajduje się również ciekawe porównanie jak bardzo różni się poprawny język śląski od popularnego w prasie i telewizji sztucznego tworu, czyli tzw. gwary śląskiej. Można się zdziwić jak bardzo.
    Tegorocznym lektorem Dyktanda jest Łukasz Jednicki, basista grupy Underground, zespołu który zasłynął w 2008 roku rockowym hitem zaśpiewanym od początku do końca po śląsku. Rok 2008 był pełen również innych wydarzeń związanych z językiem śląskim. Powstały dwa stowarzyszenia działające na rzecz śląskiego, a także długo oczekiwana popularna encyklopedia Wikipedia w wersji śląskiej, a na scenie Teatru Śląskiego w Katowicach wystawiono śląskojęzyczną sztukę teatralną.
    Udział w Śląskim Dyktandzie może być wspaniałą zabawą i sprawdzeniem się jak dobrze znamy język śląski. Wydaje Ci się, że dobrze. Sprawdź to na Dyktandzie!

    Śląski fashion
    Echo Miasta, Łukasz Buszman 2008.10.02
    Popyt na śląskie gadżety dopiero się zaczyna. W najbliższym czasie czeka nas boom na rzeczy z hasłem Górny Śląsk.
    To, że dobrze znasz śląsko godka, twoi rodzice pochodzą z Górnego Śląska (niekoniecznie z województwa śląskiego) i mosz ujka w rajchu, nie znaczy już dzisiaj, że jesteś rasowym hanysem. Aby się za takiego uważać, powinieneś się wyróżniać w tłumie. Potrzebna będzie garść gadżetów, których zdobycie nie nastręcza dzisiaj najmniejszych problemów...
    Koniec wstydu
    - Kupują u nas klienci w różnym wieku - od nastolatków do ludzi na emeryturze. Najbardziej cieszy jak na ulicach pojawiają się dzieciaki w koszulkach w barwach Górnego Śląska. Wreszcie przestajemy się wstydzić tego, skąd jesteśmy - mówią w chorzowskiej firmie Hanysek, która zajmuje się sprzedażą śląskich gadżetów.
    Sklepów, w których można kupić rzeczy związane z naszym regionem, przybywa (są m.in. serwisy hanysek.pl i silesiaprogress.com).
    - I bardzo dobrze. Może daleko nam jeszcze do poziomu np. Bawarii, gdzie wybór gadżetów jest dużo większy, ale myślę, że w najbliższych latach czeka nas boom na tego typu rzeczy - ocenia Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska.
    Jak wygląda hanys?
    Jak w takim razie wygląda dzisiaj modny hanys? Najważniejsza wydaje się koszulka z napisem np. Górny Ślonsk - Niy godom szeptem, kiej godom skond jestech.... lub Niy ma mi gańby za mój hajmat - Górny Ślonsk. Do tego czapka, smycz i długopis w śląskich barwach (niebieski i żółty). Modne są także szale, które powoli nie kojarzą się już z kibicami. Zresztą na wielu nie ma żadnych barw klubowych, tylko napisy - np. Dumny ze Ślonskości.
    - Sam mam koszulki w barwach śląskich, a także szalik - tyle że klubowy - obok barw Ruchu Chorzów widać na nim m.in. orła górnośląskiego - przyznaje Gorzelik.
    Przestajemy się wstydzić tego, skąd jesteśmy
    Ile kosztują śląskie gadżety?
    - 25-30 zł - koszulka - przykładowe napisy: Mein Vaterland ist Oberschlesien, Silesian Rebel, To My Naród Śląski;
    - 65 zł - bluza 100% Silesian;
    - 25 zł - szal Górny Ślonsk/Oberschlesien;
    - 3-5 zł - naklejka na samochód Gůrny Ślůnzek;
    - 25 zł - czapka zimowa Gůrny Ślůnsk;
    - 15 zł - kubek;
    - 12-30 - flaga;
    - 3 zł - długopis;
    - 3 zł - zapalniczka;
    - 12 zł - podkładka pod mysz.

    Msza w intencji ofiar Tragedii Śląskiej
    www.raslaska.org, 2008.09.30
    Tradycyjnie w pierwszą niedzielę po obchodach św. Jadwigi Śląskiej na Górze Św. Anny odprawiona zostanie Msza Św. w intencji ofiar śląskiej tragedii z lat 1945-1948 oraz o pomyślność wszystkich mieszkańców historycznego Górnego Śląska. Msza połączona jest z pielgrzymką członków Ruchu Autonomii Śląska. Kazanie zostanie wygłoszone już po raz trzeci w języku śląskim. Po Mszy przewidziano także krótki wykład na temat możliwości zastosowania języka śląskiego w liturgii.
    Zapraszamy w niedzielę, 19 października, o godz. 11.30 na Górę św. Anny.

    Śląscy urzędnicy zignorowali konferencję
    Towarzystwo DANGA, Józef Kulisz 2008.09.21
    W Gdańsku odbyła się ósma edycja konferencji Partnerstwo dla Różnorodności. Konferencję zorganizowało Biuro Języków Mniejszościowych i Regionalnych. Konferencja nie została dostrzeżona przez górnośląskie elity. Prócz społeczników, w konferencji nie wziął udziału nikt ze śląskich władz samorządowych, ani nikt ze znanych polityków.
    W dniach 11-13 września b.r. odbyła się w Gdańsku ósma edycja konferencji Partnerstwo dla Różnorodności (Partnership for Diversity). Konferencję zorganizowało Biuro Języków Mniejszościowych i Regionalnych (European Bureau for Lesser Used Languages - EBLUL) przy współpracy samorządu Województwa Pomorskiego i Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Konferencje Partnership for Diversity odbywają się co roku w innym mieście europejskim. W tym roku po raz pierwszy na miejsce obrad wybrano jeden z nowych krajów unijnych.
    Europejskie Biuro Języków Regionalnych i Mniejszościowych jest organizacją wspierającą różnorodność językową i koordynującą działania mniejszościowych wspólnot językowych zamieszkujących nasz kontynent. Okazuje się, że w Europie około 40 mln. ludzi posługuje się na co dzień językami różnymi od oficjalnych języków swoich państw.
    Do Gdańska przyjechali reprezentanci kilkudziesięciu europejskich wspólnot językowych, m. in. Katalończycy, Baskowie, mieszkańcy Galicji, Bretończycy, Fryzowie, Irlandczycy (język gaelic), Szkoci (języki scots i gaelic), mieszkańcy Gotlandii, Niemcy (język dolnoniemiecki). Polskie mniejszości językowe reprezentowali gospodarze, czyli Kaszubi, oraz Ślązacy - w konferencji wzięli udział przedstawiciele dwóch stowarzyszeń stawiających sobie za cel ochronę i rewitalizację śląskiej mowy: towarzystwa DANGA i stowarzyszenia Pro Loquela Silesiana.
    Podczas konferencji można było się zapoznać z sytuacją poszczególnych małych języków, a także z działaniami podejmowanymi w celu ich ochrony przez władze państwowe i same wspólnoty mniejszościowe. A sytuacja ta jest bardzo różna. Najlepiej sprawy wyglądają w tych krajach i regionach, gdzie społeczeństwa i władze państwowe uświadomiły sobie, że różnorodność językowa jest wielką wartością kulturową. Tak jest np. w Hiszpanii, gdzie języki kataloński, baskijski i galicyjski, dzięki przemyślanym, systematycznym i wieloletnim działaniom nie tylko zostały uratowane od śmierci, ale prężnie się rozwijają a ich perspektywy są bardzo dobre. Wydaje się, że dobrym przykładem dla nas Ślązaków może być także język ladino z włosko-niemieckiego pogranicza językowego. W tych regionach na porządku dziennym są takie pojęcia jak wieloetniczność, edukacja dwujęzyczna, czy planowanie językowe. Inne wspólnoty, np. mieszkańcy Gotlandii, są na początku tej drogi, gdyż dopiero uświadamiają sobie potrzebę podjęcia bardziej zorganizowanych działań dla ochrony swojej mowy.
    Konferencja była także okazją do przyjrzenia się sytuacji języka kaszubskiego. Osiągnięcia Kaszubów w pracy nad ochroną swojej mowy są naprawdę imponujące. Jeszcze w początkach lat dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia wydawało się, że nic nie uratuje tej mowy od wymarcia. Posługiwanie się kaszubskim było w powszechnym przekonaniu uważane za coś właściwego może dla niewykształconych chłopów, ale na pewno nie godnego człowieka cywilizowanego. W ciągu kilkunastu lat, dzięki systematycznej pracy organizacji społecznych i władz samorządowych, sytuację tę udało się radykalnie zmienić. Dzisiaj Kaszubi mają dwujęzyczne szkoły, wypracowane zostały metody i programy nauczania, wykształcono kilkuset nauczycieli kaszubskiego. Rozwija się literatura po kaszubsku, kaszubski dobija się do salonów, a posługiwanie się tą mową staje się nawet modne. Dość powiedzieć, że prezes Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Artur Jabłoński przemówienie powitalne wygłosił w całości po kaszubsku. Również członkowie władz samorządowych województwa, np. przewodniczący sejmiku Brunon Synak, rozpoczynali swoje wystąpienia od wygłoszenia kilku zdań w tym języku.
    Szkoda, że konferencja nie została dostrzeżona przez górnośląskie elity. Prócz społeczników, w konferencji nie wziął udziału nikt ze śląskich władz samorządowych, ani nikt ze znanych polityków. Naprawdę można się było na konferencji wiele dowiedzieć o tym, jak problemy językowe i etniczne można rozwiązywać w cywilizowany sposób, w duchu porozumienia i dla dobra wszystkich.

    Krowa a sprawa śląska
    Łowcy Felerów, Adrian 2009.09.12
    Ze zdumieniem przeczytałem w dzisiejszym wydaniu NTO o wyczynie krowy imieniem Olga, która odbyła długi lot ze swoich rodzinnych Balcarzowic aż do dalekiego, odległego(o 1km)...Śląska. To musiało być naprawdę traumatyczne przeżycie dla tego biednego zwierzęcia. Już nawet nie chodzi o ten ryzykowny lot, ale o miejsce lądowania - nieszczęsny Śląsk.
    Gdyby Olga pofrunęła w odrobinę innym kierunku to miałaby szansę nie przekroczyć granic Opolszczyzny, która jak wiadomo jest wyrwą między dwoma Śląskami (już sama nazwa Śląsk Opolski, czyli inne określenie Opolszczyzny, mówi nam, że to nie Śląsk). No ale niestety, los chciał inaczej. Na całe szczęście, jak czytamy dalej w artykule, krowa została przywieziona ze Śląska z powrotem na Opolszczyznę i czuje się lepiej.
    Niestety takiej możliwości ucieczki ze Śląska nie mieli przodkowie Olgi, pasący się na tych samych łąkach kilkadziesiąt lat temu. Wtedy Balcarzowice wchodziły w skład Prowincji Górnośląskiej ze stolicą w.....Opolu. To musiała być dopiero trauma - spędzić całe życie na Śląsku i to w dodatku Górnym. Szczęśliwie w 1950 r. Balcarzowice, wraz z powstaniem województwa opolskiego, przeniosły się raz na zawsze ze Śląska na Opolszczyznę. Szkoda, że krowy z Nakła, gdzie wylądowała Olga, nie miały tyle szczęścia. Łączę się w bólu z ich losem i trzymam kciuki za to, że kiedyś również i ich miejscowość przestanie być Śląskiem a stanie się Opolszczyzną. Problemem może być nazwa (Nakło Śląskie) ale skoro, leżący pod Opolem, Kamień Śląski dał radę to i Nakło, mam nadzieję, da.

    Strażacy chcą reaktywować medal Hellmana
    Nowa Trybuna Opolska, Mirosław Dragon 2008.08.30
    Johannes Hellman prawie sto lat temu założył ochotniczą straż pożarną. Strażacy z Szemrowic chcą reaktywować medal jego imienia.
    Skąd taki pomysł? Bo Johannes Joseph Conrad Hellmann (1840-1924) wielkim Ślązakiem był. I na dodatek strażakiem ochotnikiem z krwi i kości. Przez całe swoje życie organizował ochotnicze jednostki gaśnicze. Uznanie za swoje zasługi zdobył jeszcze za życia. W 1920 roku, kiedy świętował 80. urodziny, Związek Straży Pożarnych Prowincji Śląskiej (Schlesischer Provinzialfeuerwehrverband) utworzył medal im. Hellmanna, który był przyznawany zasłużonym druhom ochotnikom. Jednak jeszcze przed wojną (w 1936 roku) przestano nadawać odznaczenie.
    - Dzisiaj Hellmann jest niemal całkiem zapomniany, a to przecież ojciec śląskiego pożarnictwa - mówi Rudolf Hyla, prezes Ochotniczej Straży Pożarnej w Szemrowicach (gm. Dobrodzień). - Będę tak długo zabiegał, aż medal im. Hellmanna zostanie reaktywowany.
    Wielbiciel strażackich sikawek
    Skąd taki upór szefa OSP z Szemrowic? Bo Rudolf Hyla to też Ślązak i strażak z krwi i kości. Na dodatek ma bzika na punkcie historii. Kilka lat temu w okolicznych wsiach szukał zabytkowych sikawek konnych, jakimi strażacy jeździli do pożarów sto lat temu. W Gosławicach znalazł magirusa z 1925 roku, w Ligocie Dobrodzieńskiej sikawkę zbudowaną w 1932 roku w fabryce Hermanna Koebe. Druhowie z Szemrowic odkupili obie maszyny. (...)
    Zawody Sikawek Konnych na Górnym Śląsku odbyły się po raz pierwszy w Szemrowicach 5 lat temu. Oprócz rywalizacji strażaków co roku organizowane są również konferencje popularnonaukowe o historii śląskiego pożarnictwa. Właśnie podczas jednego z wykładów Rudolf Hyla dowiedział się o Johannesie Hellmannie. Od razu zaczął szukać o nim informacji.
    Okazało się, że Centralne Muzeum Pożarnictwa, które mieści się w Mysłowicach, nie ma żadnych informacji o wybitnym śląskim strażaku. Rudolf Hyla zwrócił się zatem do strażackiego muzeum w niemieckiej Fuldzie. Tam znalazł całą teczkę materiałów o Hellmannie, m.in. kopie artykułów z ukazującej się przed wojną Śląskiej Gazety Strażackiej (Schlesische Feuerwehr-Zeitung).
    Johannes Hellmann urodził się w 1840 roku w miejscowości Zauditz w powiecie raciborskim. Kończył prawo na uniwersytecie we Wrocławiu. W swojej karierze zawodowej był kolejno: sędzią w Raciborzu, wiceburmistrzem w Gliwicach oraz syndykiem w Nysie. Zaraz po objęciu fotela zastępcy burmistrza zorganizował w Gliwicach ochotniczą straż pożarną. Po przenosinach do Nysy również szefował tamtejszym ochotnikom. Był jednym z założycieli Związku Straży Pożarnych Prowincji Śląskiej i jego przewodniczącym w latach 1896-1920.
    - Realizację największego zadania Hellmann rozpoczął w 1898 roku - informuje Lidia Kontny, mieszkanka Szemrowic i była burmistrz Dobrodzienia. To ona przetłumaczyła niemieckie materiały o strażaku otrzymane z muzeum w Fuldzie oraz wygłosiła wykład o nim w ramach projektu Historia lokalna.
    Otóż w 1898 roku Hellmann wprowadził schemat organizacyjny ochotniczych straży pożarnych na całym Śląsku. W każdym powiecie został utworzony oddzielny związek z powiatowym mistrzem strażackim na czele. Szef Związku Straży Pożarnych Prowincji Śląskiej rozpropagował też ubezpieczenia przeciwpożarowe, a także ubezpieczenia strażaków i... koni ciągnących sikawki od wypadków podczas akcji. Hellmann był autorem broszur: Regulamin ćwiczeń oraz Poprawa ochrony przeciwpożarowej na nizinnym terenie. Z jego inicjatywy wydawano Śląski śpiewnik strażacki oraz wspomnianą już Śląską Gazetę Strażacką. Za to wszystko Johannes Hellmann otrzymał honorowe obywatelstwo Nysy oraz został patronem medalu.
    Medal Hellmanna
    - W całej Polsce strażakom przyznaje się Medal Honorowy im. Bolesława Chomicza, na Śląsku mielibyśmy dodatkowo regionalną nagrodę im. Hellmanna - marzy Rudolf Hyla. (...)
    Strażacy z Szemrowic chcą jednak przeprowadzić wielką akcję promocyjną. W czerwcu podczas V Zawodów Sikawek Konnych odsłonili tablicę z brązu, upamiętniającą Johannesa Hellmanna.
    - Rozesłaliśmy też do wszystkich gminnych zarządów OSP na Opolszczyznie listy z prośbami o poparcie - mówi Joachim Wloczyk, sołtys i zarazem sekretarz strażaków ochotników w Szemrowicach.
    Druhowie chcą, żeby jak najwięcej gminnych i powiatowych związków strażackich podjęło uchwały o poparciu idei reaktywowaniu medalu Hellmanna.
    Trzy gminy już poparły akcję: Dobrodzień oraz Zębowice i Zdzieszowice.
    - Jestem wielkim zwolennikiem przywrócenia tego odznaczenia - mówi Dieter Przewdzing, burmistrz Zdzieszowic i prezes OSP w swojej gminie. - Mamy na Śląsku Hellmanna, zakładał tutaj straż pożarną i powinniśmy go za to honorować.
    Z dala od polityki
    Strażacy z Szemrowic obawiają się tylko jednego.
    - Żeby tylko ta inicjatywa nie została upolityczniona - martwi się Rudolf Hyla. Nie wszystkim podoba się, że druhowie chcą reaktywować nagrodę z przedwojennych czasów, której patronem jest niemiecki Ślązak.
    - Być Ślązakiem to jest kara Boska, ale przecież nikt Hellmanna ani mojego opy nie przebierze z niemieckiego munduru strażackiego w polski - mówi Rudolf Hyla. - Hellmann urodził się i umarł na śląskiej ziemi, tutaj służył ludziom jako strażak i to jest najważniejsze. Ta nagroda ma łączyć, a nie dzielić.
    Co ciekawe, rodzinna miejscowość ojca śląskiego pożarnictwa (taki napis wyryto na jego nagrobku: Vater der Feuerwehren Schesiens) po I wojnie światowej znalazła się w granicach Czech.
    Bogu na chwałę, ludziom na pożytek - głosi napis na rewersie medalu, który strażacy z Szemrowic zaprojektowali na wzór odznaczenia nadawanego przed wojną. Odznaczenie ma symbolicznie łączyć Śląsk.
    - Chcielibyśmy, żeby ten medal nadawano zasłużonym strażakom z terenu całego Śląska, a zatem z trzech województw: śląskiego, opolskiego i dolnośląskiego - mówi Joachim Wloczyk.

    Kutz: Wrzesień w sieni
    Gazeta Wyborcza, Kazimierz Kutz 2008.08.29
    Jeszcze jeden sierpień kona i znów trzeba będzie wpychać łeb w stare chomąto. My (mam na myśli moje pokolenie z Górnego Śląska), garbaci po kopalnianych czeluściach, przypominamy stare szkapy co ślepły na dole. Śląskie rozproszenie i rozwodnione poczucie solidarności rozkwita na dobre. Wieki bez własnych elit, bez swoich ikon, mitów historycznych i własnego opakowania zrobiły swoje. Ba, śląskość jest nadal kategorią wstydliwą i ciągle trzeba się krygować przy pytaniu, czy jest się Polakiem, czy Niemcem. Rodzi się swoiste nieczyste sumienie i człowiek przymuszany jest do udawania idioty.
    Nadal przyznawanie się do śląskości jest utożsamiane z separatyzmem. Lepiej więc zamilczeć i robić swoje. Co najmniej cztery wybitne osobowości w gronie olimpijczyków wywodzące się stąd możliwości rozwoju musiały szukać gdzie indziej. Złoty medalista Leszek Blanik z Radlina znalazł je w Gdańsku, Otylia Jędrzejczak z Rudy Śląskiej, Marek Plawgo z Bytomia i Artur Noga z Raciborza w Warszawie. Wszystko w myśl zasady, że jak chcesz w życiu zostać kimś, musisz spływać z rodzinnych stron. Albo do Niemiec, albo do Polski, bo u ciebie dziura, w której najlepiej czują się przyjezdne chwasty.
    Niby mieliśmy miesiąc wakacyjny, a tyle się działo! Uwodziła nas nie tylko chińska olimpiada, ale także kabaret na poziomie najważniejszych pałaców w Warszawie i 21. lokata - na 24 brane pod uwagę - katowickiego dworca w rankingu na najczystszy dworzec kolejowy w Polsce. Prawdę mówiąc, myślałem, że będzie lepiej i katowicki dworzec okaże się najbrudniejszym w kraju, stanie na kanwie olimpiady na najwyższym podium i przyniesie miastu chwałę większą niż brak teatru miejskiego.
    Co to będzie, kiedy Katowice - nie daj Boże - staną się stolicą metropolii śląskiej? I zaczną przyjeżdżać goście ze świata preferujący jazdę pociągami? Hmm Najprościej byłoby (i najtaniej!) wymalować go razem z peronami czerwonym lakierem. Wyglądałby trochę dziwnie, ale przynajmniej by odwrócił uwagę od tego, co każdy widzi. Potem można by mu nadać status zabytku i co pięć lat przemalowywać na inny kolor. A na osiemdziesiątą rocznicę przyłączenia Górnego Śląska do Zagłębia można by go sztrajchnąć farbą złotą, a sklepikarzom zafundować śląskie stroje ludowe. Stałby się pikantnym symbolem wydojenia Śląska i atrakcją turystyczną rangi światowej. (...)

    Czy śląskie powinno połączyć się z opolskim?
    Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2008.08.25
    Michał Buchta, politolog z Żor i działacz RAŚ, założył stronę gornoslaskie.pl, na której przekonuje, że województwo śląskie powinno połączyć się z opolskim w jedno - górnośląskie. Politycy są sceptycznie nastawieni do pomysłu. - Jeśli zaczniemy dyskusję o województwie górnośląskim, otworzymy puszkę Pandory - mówi Marek Wójcik, poseł PO.
    - Skoro jest województwo dolnośląskie, to logika nakazuje, żeby było też górnośląskie. W końcu Opole to stolica Górnego Śląska - mówi Buchta i dodaje, że województwo opolskie nie sprawdziło się, ponieważ województwa śląskie i dolnośląskie radzą sobie o wiele lepiej w niemal wszystkich dziedzinach. W dodatku opolskie straciło ostatnio szansę na fabrykę Mercedesa.
    Buchta twierdzi, że Górny Śląsk w jednym województwie będzie miał wiele zalet. - Po pierwsze, o wiele łatwiej będzie je promować, a po drugie, duży może więcej, więc województwo górnośląskie mogłoby liczyć na większe unijne dotacje - mówi Buchta.
    Jego zdaniem takie województwo byłoby tańsze, ponieważ przy okazji łączenia urzędów wojewódzkich można by zmniejszyć armię urzędników. - Minusem może być to, że mieszkańcy aglomeracji katowickiej mieliby dalej do stolicy województwa. Ale z drugiej strony co przeciętny obywatel ma do załatwienia u wojewody? Najczęściej paszport, o ile nie ma gdzieś bliżej biura paszportowego - dodaje Buchta.
    Uważa też, że zmiana nazwy i granic województwa będzie prosta. - Wystarczy zmienić ustawę o wprowadzeniu zasadniczego trójstopniowego podziału terytorialnego państwa, wojewoda mógłby urzędować w Opolu, a sejmik nadal byłby w Katowicach. Z kolei część małopolską województwa śląskiego można by przyłączyć do małopolskiego - wyjaśnia Buchta, który ma nadzieję, że uda mu się przekonać do swojej wizji polityków i mieszkańców obydwu województw.
    Z tym jednak może być problem. Parlamentarzyści są bowiem wyjątkowo sceptycznie nastawieni do pomysłu. Leszek Korzeniowski, poseł i szef PO w województwie opolskim, uważa, że opolskie się sprawdziło.
    - Jest małe, a przez to dobrze zorganizowane. Mamy też mniejszość niemiecką, która w dużym województwie mogłaby się rozmyć. No i nie każde województwo musi mieć silny przemysł - wylicza poseł. - Zresztą do 2013 roku nie ma mowy o żadnych zmianach. Opolskie tak jak inne województwa ma swój program inwestycji unijnych i trzeba go zakończyć. Co będzie później? Może wyklaruje się jakiś nowy pomysł na ten region - mówi Korzeniowski. (...)

    Film Byzuch już powstał!
    Mirosław Ropiak, Dom Kultury w Rybniku-Chwałowicach, 2008.08.25
    Klub Filmu Niezależnego z Rybnika zakończył pracę nad czwartym śląskim filmem Eugeniusza Klucznioka i Mirosława Ropiaka pt.Byzuch (czyli Odwiedziny). To historia kilku przyjaciół, którzy spotykają się po latach. Do Polski przyjeżdża Jorg, który od ponad 20 lat mieszka w Niemczech. Towarzyszy mu rodowity Niemiec - Andreas. Wizyta gości wyzwala szereg komicznych sytuacji, wynikających z błędnych wyobrażeń o Ślązakach i Niemcach. Uroczysta premiera odbędzie się 28 września w Domu Kultury w Rybniku-Chwałowicach podczas RePeFeNe.
    Jeszcze we wrześniu KFN ruszy z realizacją filmu o rybnickim Bondzie pt.Dziewczyny lubią blond.

    Ślónzok wykonał zadanie!
    Marcin Fejkiel, 2008.08.18, Synek z Radlina wyskakał olimpijskie złoto
    Ludwik Blanik zadzwonił w poniedziałek o 6.30 rano do Pekinu. Rozmawiał z synem Leszkiem. - Skocz jak prawdziwy radliniok, jak twardy Ślązok - powiedział mu. I syn ojca usłuchał.
    Kiedy w poniedziałek w południe dojeżdżałem do centrum Radlina, spodziewałem się atmosfery wielkiego napięcia i wyczekiwania. W tym mieście dorastał Leszek Blanik. Za chwilę miał walczyć o olimpijskie złoto.
    Liczne puby, wyposażone w nowoczesne telewizory HD, były... puste! Zakotwiczyłem w knajpce Na rogu. Spotkałem tam garstkę górników, którzy akurat skończyli szychtę w pobliskiej kopalni Marcel. Razem oglądaliśmy walkę Blanika o medal.
    Transmisja z zawodów gimnastycznych miała się rozpocząć o 13.29, ale opóźniła się o jakieś pół godzinny. Warto było tę chwilę poczekać. Polak okazał się bezbłędny. Skoczył i... zdobył trzecie złoto dla Polski!
    A w barze? Tylko lekkie poruszenie, niemrawe oklaski, ktoś przybił piątkę i tyle. - Nic tu po mnie - pomyślałem. Nim wsiadłem do samochodu, zaczepiłem obsługę solarium Oliwia. - Słyszała Pani o Blaniku?
    - Oczywiście. Właśnie zdobył medal - odparła Małgorzata Surma. - Znam Leszka z dzieciństwa. Moi dziadkowie mieszkają niedaleko jego rodziców. Fajny chłopak. Mocno na niego liczyliśmy, a on nie zawiódł - dodała pani Małgosia i wskazała drogę do domu Blaników.
    Dom przypominał wczoraj twierdzę obleganą przez tłum reporterów. Telefony się urywały. - Mamo! Dzwoni proboszcz z życzeniami! - wołała z korytarza Mirela, siostra mistrza olimpijskiego.
    W przerwach między rozmowami telefonicznymi zdążyła mi opowiedzieć, że:
    ogromnie przeżywała ten występ; rano miała nastrój histeryczny; nie oglądała występu brata, bo to ponad jej siły; reagowała histerycznie; podeszła do telewizora dopiero, kiedy usłyszała: Mamo, wujek ustał!!!.
    Kilka godzin wcześniej poszła z mamą na poranną mszę, żeby pomodlić się o sukces Leszka. - Jak trwoga to do Boga - śmiała się siostra Blanika. - Jesteśmy wierzącą rodziną. Leszek też to podkreśla na każdym kroku. Czasami trzeba tego oddechu anioła.
    Dlatego przed eliminacjami Mirela wysłała bratu SMS: Wiara przenosi góry, przeniesie i Ciebie, tylko pilnuj lądowania.
    Dariusz, starszy brat Leszka, na wczorajszy finał zwolnił się z pracy. - Kierownik poszedł mi na rękę. Przyjechałem do rodziców, bo tata chciał, żebyśmy razem oglądali relację z zawodów. Taka nasza tradycja od igrzysk w Sydney - wyjaśnił.
    Darek zauważył u brata zmianę. - Kiedyś mocno się spalał, za bardzo chciał. Teraz pokazał żelazną psychikę. Nie wiem, co go tak zahartowało. Może lata wyrzeczeń i ciężkiej pracy w fatalnych warunkach. Dzięki niemu uwierzyłem, że w życiu można osiągnąć to, czego się chce - pękał z dumy starszy brat Leszka.
    Mama Halina długo nie potrafiła się uspokoić. Płakała ze szczęścia. - Zobaczyć syna na najwyższym stopniu podium, to jest coś wspaniałego. Chcemy pojechać na lotnisko, żeby go przywitać - powiedziała.
    W klanie Blaników start syna najbardziej przeżywał ojciec Ludwik. Kiedy rano zadzwoniłem do niego, żeby umówić się na wspólne oglądanie transmisji, powiedział krótko: Przepraszam, ale to dla mnie zbyt osobista sprawa.
    Potem mi wyjaśnił, dlaczego nie mógł: - Było we mnie zbyt duże napięcie.
    Ostatnie dni do startu syna tak bardzo mu ciążyły, że rozpoczął remont, choć planował zacząć dopiero we wrześniu. Musiał oderwać myśli od olimpiady.
    O 6.30 rano jeszcze rozmawiał z synem. Powiedział mu: Skocz jak prawdziwy radliniok, jak twardy Ślązok.
    I syn wykonał zadanie. (...)

    Trąba powietrzna i gradobicie nad Górnym Śląskiem
    Gazeta Wyborcza, pj, tm 2008.08.15, Trąba powietrzna i gradobicie nad Śląskiem
    Najpierw piątkowy grad niszczył samochody mieszkańców regionu, ale to był dopiero początek złego dnia. Po południu nad Śląskiem przeszły burze i silne wichury. Zrywały dachy i powalały drzewa. (...) Przez dwie godziny spadło więcej deszczu niż w ciągu niektórych całych miesięcy. W Katowicach aż 11 litrów wody na metr kwadratowy!
    Kule gradowe wielkości tenisowych piłek powybijały szyby w co najmniej kilkunastu zaparkowanych na katowickim osiedlu Witosa oraz na Koszutce autach i zniszczyły karoserie. Strażacy uwijali się, by usunąć z ulic powalone przez burzę konary i wypompować wodę z zatopionych piwnic - w sumie interweniowali 300 razy.
    W Gliwicach woda dostała się do najniżej położonych pomieszczeń szpitala ginekologicznego przy ulicy Kościuszki. Zalała także piwnice w Centrum Onkologii. W Świętochłowicach tylko najodważniejsi ryzykowali przejazd pod wiaduktami przy Metalowców, Katowickiej, Żołnierskiej i Wojska Polskiego, gdzie zatkały się studzienki i powstały olbrzymie zalewiska. Z tego powodu przez pewien czas nie kursowały tramwaje. Nawałnica dała się we znaki też mieszkańcom Mikołowa, gdzie wiatr zerwał dachy z trzech domów, oraz Zawiercia, gdzie od uderzenia pioruna zapaliło się poddasze budynku.
    Potem wyjrzało słońce, ale po południu i wieczorem wichury i burze wróciły ze zdwojoną siłą. Trąba powietrzna zniszczyła trakcję kolejową na trasie Gliwice - Opole, w okolicy Częstochowy wiatr zepchnął do rowu autokar, którym wracał z Bełchatowa do Koszęcina zespół Śląsk. Piętnaście osób zostało rannych.
    W Gliwicach woda podtapiała domy, a wiatr zrywał linie energetyczne. Sporo strachu przeżyli mieszkańcy Kotulina niedaleko Toszka, gdzie wiatr zerwał około 20 dachów. (...)

    Niemcy boją się Ślązaków?
    Gazeta Opolska, Marek Świercz 2008.08.11 Lider RAŚ kontra Kauch
    Lider opolskich struktur Ruchu Autonomii Śląska Piotr Długosz napisał list otwarty do burmistrza Ujazdu Tadeusza Kaucha. To replika na artykuł, który Kauch zamieścił na łamach NTO w ramach debaty z okazji dziesięciolecia obrony samodzielności województwa opolskiego.
    Długoszowi nie spodobało się sformułowanie burmistrza Ujazdu: Głosy o autonomii Śląska niby nie bardzo u nas popularne, były jednak na Opolszczyźnie słyszalne i zniechęcały inwestorów.
    Lider opolskich autonomistów ripostuje: Z jednej strony mógłbym się cieszyć, że organizacja, którą reprezentuję, a która jest głównym nośnikiem idei autonomii Śląska, jest już tak poważną siłą polityczną, że decyduje o losie inwestycji w woj. opolskim. Z drugiej strony obawiam się jednak, że grono czytelników mogłoby w te mity uwierzyć.
    Długosz zwraca uwagę, że w woj. śląskim, gdzie RAŚ jest realną siłą polityczną, inwestorzy autonomistów się nie boją. Co więcej, są oni poważnymi partnerami dla innych ugrupowań politycznych.
    Długosz przypomina, że w ostatnich wyborach samorządowych RAŚ współtworzył blok wyborczy z PO i PSL, czyli pełnił podobną rolę jak mniejszość niemiecka na Opolszczyźnie. Wylicza też śląskie samorządy, w których autonomiści rządzą bądź współrządzą.
    Komentarz z forum Gazety Opolskiej:
    RAŚ i Związek Narodowości Ludności Śląskiej zwalczany przez MN? w ostatnim numerze Schlesiches Wochenblatt pojawiła sie znowu notatka, w której stwierdza się, że Narodowości Śląskiej nie ma, ponieważ osoby deklarujące taką narodowość to w większości Śląscy Niemcy, którzy boją się przyznać do swoich korzeni. Walka o dusze? Nepomouk

    Film s-f ze Śląskiem w tle
    Gazeta Wyborcza ot, PAP 2008.08.08 Konkurs na scenariusz filmu s-f ze Śląskiem w tle
    Konkurs na scenariusz filmu science fiction, którego akcja toczy się na Śląsku lub w inny sposób wiąże z naszym regionem, ogłosiła Instytucja Filmowa Silesia-Film w Katowicach.
    - Chcemy zapłodnić intelektualnie filmowców, a jednocześnie wypromować Śląsk, również za granicą. producenci szukają wartościowych scenariuszy, a ten region oferuje obiekty i krajobrazy niespotykane nigdzie indziej - przekonuje Michał Zabłocki, pomysłodawca konkursu, wicedyrektor ds. programowych Silesii-Film.
    Konkurs ma charakter otwarty i dotyczy pomysłu na średniometrażowy film fabularny, trwający ok. 50 minut. Fabuła filmu, przeznaczonego głównie do telewizji, zawierać powinna szeroko rozumiane elementy science fiction. Tematyka jest dowolna, ale akcja powinna toczyć się lub w inny sposób wiązać ze Śląskiem. Warunkiem jest wykorzystanie architektury i plenerów Górnego Śląska, z wykorzystaniem m.in. zabudowy postindustrialnej.
    Scenariusze o objętości ok. 45-50 stron należy składać w siedzibie Instytucji Filmowej Silesia-Film wraz ze streszczeniem i kopią tekstu na płycie CD. Prace powinny być oznaczone wyłącznie godłem. Termin składania scenariusza upływa 31 października 2008 (decyduje data wpływu tekstu do Instytucji). Jury z udziałem ekspertów Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i przedstawicieli Silesii-Film oceni teksty i przyzna jedną lub dwie nagrody. Pula nagród wynosi 5 tys. zł. (...)

    Wypadek pociągu EuroCity w Czeskim Śląsku
    NaszeMiasto.pl, IAR/PKON 2008.08.08, Wypadek pociągu EuroCity Comenius w Czechach
    Liczba ofiar śmiertelnych wypadku kolejowego w północno-wschodnich Czechach wzrosła do 7 osób, a 67 jest rannych, w tym 13 ciężko. Nie wiadomo jeszcze czy wśród ofiar śmiertelnych są Polacy. MSZ podaje, że rannych zostało 11 Polaków.
    Pociąg EuroCity Comenius jechał z Krakowa do Pragi. W miejscowości Studenka jadący z prędkością 140-stu kilometrów na godzinę skład uderzył w zawalony wiadukt. Wykoleiła się lokomotywa oraz trzy wagony. Do wypadku doszło ok. 10:30. Zakończyła się już akcja ratunkowa. Na miejscu zdarzenia znajduje się wojsko z ciężkim sprzętem oraz ekipy porządkowe.
    Wiadukt drogowy nad torami w Studence został wybudowany w 1961 roku; wiosną zaczął się jego remont, który miał zostać skończony w tym roku. Według agencji ctk, wiadukt runął na tory tuż przed nadjeżdżający pociąg. Według innych źródeł, żelazna konstrukcja spadła na pierwsze wagony już przejeżdżającego pod nią składu.
    W szpitalu miejskim w Ostrawie, gdzie są przewożeni śmigłowcami ranni, ogłoszono alarm. Kierownictwo placówki wezwało do szpitala wszystkich pracowników, którzy mieli wolny dzień.
    Na miejsce wypadku przybył premier Donald Tusk. Towarzyszy mu minister zdrowia Ewa Kopacz. Jest także premier rządu czeskiego Mirek Topolanek.
    Ministerstwo Spraw Zagranicznych poinformowało, że osoby które chcą uzyskać Informacje dotyczące wypadku pociągu Eurocity Comenius mogą je uzyskać w Konsulacie Generalnym RP w Ostrawie pod numerem telefonu: 00420596118074.
    Uruchomione zostały też specjalne numery w Ministerstwie Spraw Zagranicznych: 022/5239893; 022/5239718 oraz 022/5239601 - do godz. 16.15 oraz 022/5239705 i 022/5239009 - po godz. 16.15.
    Śląskie służby ratownicze są gotowe do pomocy Czechom w związku z wypadkiem polskiego pociągu w miejscowości Studenka.
    Jak poinformowała Aneta Gołębiowska z zespołu prasowego śląskiej straży pożarnej przeprowadzono już z Czechami rozmowy na ten temat. Jak na razie nie potrzebują oni naszej pomocy ale gdyby taka okazała się niezbędna jesteśmy gotowi jechać - podkreśliła.
    Gotowość do wyjazdu zadeklarowali także ratownicy z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego. Jaka na razie nikt nie prosił nas o pomoc ale oczywiście jesteśmy gotowi jej udzielić - powiedziała rzeczniczka placówki Monika Konwerska.
    Ze swoimi czeskim kolegami kontaktowali się również śląscy medycy sygnalizując gotowość włączenia się do akcji.
    Do strony czeskiej z deklaracja pomocy wszystkich służb ratowniczych zwrócił się także wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk. Służby wojewody są w stałym kontakcie ze stroną czeską i gdyby pomoc okazała się jednak potrzebna zostanie udzielona.

    Feler Lipca przyznany!
    Łowcy Felerów, 2008.08.07
    Łowcy Felerów, czyli śląska grupa wyłapująca w mediach idiotyzmy na temat Śląska przyznała Feler Lipca opolskiej redakcji Gazety Wyborczej, według której jej kampania promocyjna Politechniki Opolskiej dotarła aż z Opolszczyzny na Śląsk.
    Szanowni Państwo!
    Sezon ogórkowy w pełni, nie zwalnia nas to niestety z wyłapywania (wcale nie rzadziej!) pojawiających się błędów jeśli idzie o operowaniem terminem Śląsk. Jedyne, co nas ucieszyło to fakt, iż z przyznaniem Felera Lipca nie mieliśmy najmniejszych problemów. Dziękujemy więc z tego miejsca opolskiemu wydaniu Gazety Wyborczej za to, iż, skracając czas naszej pracy, pozwoliła nam cieszyć się wakacjami.
    Ale o samym felerze: rzecz tyczy się kampanii promocyjnej Politechniki Opolskiej, która, według redakcji, dotarła aż Z Opolszczyzny na Śląsk! Takim wyczynem może pochwalić się chyba jedynie Uniwersytet Masaryka z Brna, który ongiś dotarł z plakatami reklamującymi uczelnię aż na Morawy!
    Ale opolska uczelnia według gazety osiągnęła coś więcej. Mianowicie trafiła ze swym przekazem do śląskich miast: Sosnowca i Będzina!, a więc dokonała rzeczy, której swymi działaniami nie sposób byli osiągnąć ani komunistyczni propagandziści, ani twórcy obecnego podziału administracyjnego!
    Mówiąc poważnie, zdajemy sobie sprawę, iż takie a nie inne nazewnictwo jest wynikiem funkcjonowania skrótów myślowych oraz myślenia kategoriami podziału administracyjnego. Jednak dla coraz większej liczby osób błędne określanie terytorium na którym żyją i godzenie w tożsamość regionalną jest sprawą nie do zaakceptowania. Petycję w tej sprawie podpisało ponad 1000 osób. Zależałoby nam, aby tak poważny tytuł jakim jest Gazeta Wyborcza była w stanie unikać na przyszłość tak podstawowych błędów.
    Życząc wolnej od naszych interwencji drugiej połowy sezonu ogórkowego pozdrawiamy!
    Łowcy Felerów o sobie:
    Jesteśmy grupą młodych Ślązaków, która w trosce o dobro swojego regionu postawiła sobie za cel reagowanie w przypadkach nieprawidłowego stosowania w mediach nazwy Śląsk i Górny Śląsk. Wychodzimy z założenia, że popełniane przez dziennikarzy błędy to nie efekt złej woli lecz braku odpowiedniej wiedzy w tym zakresie. Dlatego nasza działalność ma charakter informacyjno-edukacyjny a nie piętnujący.

    Ślązacy wracają z zachodu do domu
    Nowa Trybuna Opolska, Krzysztof Ogiolda 2008.08.05
    Karina i Piotr trzy miesiące temu zdecydowali się wrócić z Niemiec na Opolszczyznę i tu wydzierżawić sklep. Takich jak oni jest coraz więcej.
    Planowali wrócić dopiero pod koniec tego roku, ale kiedy dowiedzieli się, że w Suchej jest do wydzierżawienia sklep GS-u, spakowali się w ciągu dwóch dni. I wrócili na Śląsk Opolski, z którego wyjechali dziesięć lat temu. Od trzech miesięcy mieszkają znów w Heimacie. Od miesiąca pracują na swoim.
    Wyjechali zaraz po ślubie. Piotr miał dobrą pracę, Karina opiekowała się dziećmi, które urodziły się już w Niemczech.
    - Od początku nie nastawiałem się na wyjazd na stałe - przyznaje Piotr Ploschytza.
    - Jechaliśmy do Niemiec popracować i kiedyś wrócić. Traktowano nas tam po ludzku, ale dla miejscowych nie byliśmy Niemcami, tylko takimi... trochę obcymi.
    - Jeszcze nie wiemy, czy się nam to opłaci - dodaje Karina. - Za wcześnie też na porównanie, gdzie trzeba pracować ciężej, choć na razie pracujemy od rana do wieczora. Staramy się, żeby w sklepie był różnorodny towar, a dzięki temu jak najwięcej klientów.
    Przyznają, że do powrotu skłonił ich słaby kurs euro, bo praca na Zachodzie coraz mniej się opłaca, i silna tęsknota za rodziną.
    Oboje mają rodziców, krewnych i przyjaciół tu, na Opolszczyźnie. W swoich stronach czują się najlepiej, choć przyznają, że jako początkujących biznesmenów męczy ich trochę polska biurokracja. Ale - jak mówią - w przyszłość patrzą z optymizmem.
    Markowi Mientusowi biurokratyczne przeszkody dały się we znaki kilka lat temu, kiedy budowali z żoną Złotego Bażanta. Od roku lokal w Izbicku pracuje pełną parą.
    Marek wyjechał do Niemiec w 1990 jako 18-latek. Do powrotu dojrzewali z żoną Johanną, przyjeżdżając co roku na Opolszczyznę na urlop. Kiedy w 2001 kupili dom w Izbicku, jeszcze nie myśleli o otwieraniu tam biznesu. To miało być ich gniazdko na emeryturę.
    - Mieliśmy oboje dobrą pracę i płacę w zakładach Boscha - mówi Marek. - Ale od początku dorabialiśmy w gastronomii. Czasem w hotelach wysokiej klasy, czasem w podrzędnych barach. To dzięki temu doświadczeniu odważyliśmy się zainwestować nasze oszczędności w Złotego Bażanta. Z Niemiec przywieźli kapitał i doświadczenie. (...)
    Karina z Piotrem i Marek mówią, że coraz więcej Opolan pracujących na Zachodzie wraca na Śląsk Opolski albo myśli o powrocie.
    - Nieraz słyszałem od moich klientów, że szykują sobie grunt i papiery na powrót - przyznaje Marek. - Nie wszyscy otworzą firmy. Jedni wzięliby pracę już za równowartość 500 euro na rękę. Inni liczą na tysiąc. Ale wszyscy widzą, że w Polsce z roku na rok coraz bliżej do Zachodu. Poprawia się zaopatrzenie w sklepach i obsługa w urzędach. To po co pracować na Zachodzie, jak można mieć Zachód tutaj, u siebie?

    Pielgrzymka motocyklistów na Świętej Annie
    Gazeta Wyborcza, msz 2008.08.03
    Blisko 2 tys. motorów zjechało w niedzielę na Górę św. Anny na doroczną pielgrzymkę motocyklistów.
    Ruszyli o godz. 10.30 z rynku w Leśnicy, by już na godz. 11.30 dojechać do Groty Lurdzkiej na Świętej Annie, gdzie odprawiona została msza.
    - Wszystko przebiegło bardzo sprawnie, ale motocyklistów na pewno było więcej niż przed rokiem - mówi nadkomisarz Jolanta Dec ze strzeleckiej policji, która ubezpieczała jadących.
    Niedzielna pielgrzymka odbyła się już po raz szósty.

    Wielka bitwa o fort w Nysie
    Nowa Trybuna Opolska Andrzej Jagiełła 2008.08.02
    Przeszło 400 miłośników historii wojennej z Polski, Czech, Niemiec i Włoch zmierzyło się w sobotę podczas rekonstrukcji wielkiej bitwy o nyski fort.
    Wszyscy byli przyodziani w historyczne mundury i zrekonstruowali prusko-napoleońską potyczkę na przedpolach fortu z 1807 roku.
    Przedstawienie zaczęło się od wojny na werble. Potem rozpoczął się ostrzał artyleryjski, a następnie kolejno ścierały się różne formacje.
    Były wystrzały z 25 armat i strzelb, duży huk, pełno dymu, pożar przygotowanych zabudowań. W bitwie zużyto aż 175 kilogramów prochu!
    - Takiej wojny jeszcze nie widziałem - mówi ośmiolatek Mateusz Borkowski. - Fajne mają mundury, fajnie strzelają.
    W niedzielę kolejne imprezy w ramach Dni Twierdzy w Nysie. Od 10.00 pokaz życia obozowego, od 12.00 zwiedzanie fortu II z przewodnikiem. O godzinie 14.00 rozpocznie się biesiada forteczna. (...)

    Dziedzictwo minionego czasu
    www.raslaska.org, 2008.07.31


    Górny Śląsk laboratoryjnym zapleczem Europy
    Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2008-07-30, Śląsk laboratoryjnym zapleczem Europy
    Katowice, Mikołów i Zabrze mogą stać się wkrótce głównymi europejskimi ośrodkami badawczymi nowego wykorzystania węgla. Unia Europejska chce przeznaczyć na ten cel aż 45 mln euro.
    Projekt pod nazwą Centrum Czystych Technologii Węglowych zakłada budowę nowoczesnych laboratoriów w Katowicach, poligonu doświadczalnego do zgazowywania węgla w mikołowskiej Kopalni Doświadczalnej Barbara i podobnych instalacji naziemnych w Zabrzu. Wspólne przedsięwzięcie Głównego Instytutu Górnictwa w Katowicach i Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu znalazło się na liście kluczowych projektów unijnych z zakresu innowacyjna gospodarka. Dlaczego Bruksela chce wyłożyć na jego powstanie aż 45 mln euro?
    - Centrum będzie badało nowe czystsze technologie wykorzystania węgla, co ma ogromne znaczenie przy coraz bardziej zmniejszających się limitach emisji dwutlenku węgla. Kolejnym problemem jest przerobienie węgla na gaz, a w dalszej kolejności na płynne paliwo. To szybko rozwijająca się dziedzina wiedzy w dobie kryzysu energetycznego - tłumaczy prof. Krystyna Czaplicka z GIG w Katowicach.
    Instalację do przerabiania węgla na płynne paliwo wybudowano już w Republice Południowej Afryki. Podobną technologię, ale podziemnego zgazowywania węgla na masową skalę wprowadzają właśnie Chińczycy (...). - W Centrum Czystych Technologii Węglowych naukowcy będą udoskonalać technologię przerabiania węgla na gaz syntezowy przy współpracy z innymi tego typu ośrodkami w Europie i USA. Będziemy to robić na skalę półtechniczną tak, żeby potem można ją było wykorzystać przy wdrożeniu do produkcji - dodaje.
    Aby otrzymać unijny grant GIG i ICHPW do końca roku muszą przedstawić wniosek wraz z projektami nowych budynków laboratoryjnych. - Na bieżąco uzupełniamy wszystkie dokumenty i bez problemu powinniśmy zdążyć - zapewnia doc. Krzysztof Stańczyk z GIG. Budowa centrum ma się rozpocząć w połowie przyszłego roku i potrwa do 2012.

    Genetyczne pola na Górnym Śląsku?
    Dziennik Zachodni, Marek Świercz, współpr. Katarzyna Borowska 2008.07.30, Rolnicy chcą już siać genetyczną kukurydzę
    Przełom w sprawie genetycznie modyfikowanej żywności. Województwo opolskie chce być pierwszym w Polsce regionem, który otworzy się na uprawy transgenicznych roślin. Rolnicy mówią wprost: - Na tym biznesie można po prostu zarobić.
    Co prawda trzy lata temu miejscowy sejmik ogłosił Śląsk Opolski strefą wolną od Genetycznie Modyfikowanych Organizmów (GMO), ale dziś klimat jest inny. Samorząd patronuje wizytom amerykańskich farmerów, którzy namawiają rolników do uprawy genetycznie modyfikowanej kukurydzy. I znajdują posłuch.
    Piotr Nowicki, który ma 200 hektarów ziemi pod Nysą, przekonuje: - W tej sprawie nie ma minusów, tu są same plusy. Gdy tylko prawo na to zezwoli, posieję taką kukurydzę.
    Chętnych będzie więcej. Pokaźna grupa gospodarzy zjawiła się na spotkaniu z grupą farmerów i biotechnologów ze stanu Iowa, które zorganizował Eric Weinsberg z ambasady USA. W Ośrodku Doradztwa Rolniczego w Łosiowie Amerykanie przedstawiali zalety GMO. Dyrektor placówki Henryk Zamojski chce kontynuować kampanię na rzecz propagowania upraw transgenicznych. - Mam świadomość, że ekolodzy podniosą krzyk - mówi Zamojski. - Ale skoro oni organizują ruch na rzecz zablokowania GMO, my stworzymy ruch hodowców, którzy mają inne zdanie. Ludzie już zmądrzeli.
    Na 11 września Zamojski zaplanował Dzień Kukurydzy, na którym opolscy plantatorzy będą mogli obejrzeć setki odmian tej rośliny. Amerykańscy farmerzy wystąpią w charakterze gości specjalnych.
    Tymczasem w Ministerstwie Rolnictwa kończą się prace nad nowelą ustawy o uprawach transgenicznych z 2001 roku. Zezwoli ona na komercyjne uprawy GMO, podobnie jak w innych krajach Unii Europejskiej. Zgodę na założenie uprawy wydawałby minister po zasięgnięciu opinii rady gminy.
    Walkę o Polskę wolną od GMO zapowiadają politycy PiS.
    Prawdziwą wojnę domową ma wywołać już tej jesieni liberalizacja prawa ułatwiająca zakładanie upraw roślin modyfikowanych genetycznie. Rząd kończy prace nad nowelą ustawy o uprawach transgenicznych. Ta przygotowana przez poprzedni, PiS-owski rząd była bardzo restrykcyjna, nowa zezwoli na komercyjne uprawy GMO. Zgodę na założenie uprawy wydawałby minister rolnictwa po zasięgnięciu opinii rady gminy.
    Dziś formalnego zakazu nie ma, ale ustawa o paszach zabrania obrotu zmodyfikowanym materiałem siewnym. A to oznacza, że w Polsce nie wolno sprzedawać transgenicznych nasion. Jest jednak furtka: nasiona GMO można kupować w krajach Unii, gdzie zakazane nie są. Dzięki temu według Polskiego Związku Plantatorów Kukurydzy mamy już w kraju 350 hektarów obsianych zmodyfikowanym zbożem. To dane oficjalne, nieoficjalnie wiadomo, że poletek może być więcej. Czescy sprzedawcy twierdzą, że polscy rolnicy kupili u nich tyle nasion, że wystarczyłoby do obsiania kilku tysięcy hektarów.
    - Uprawy GMO to żadna tajemnica. Przy polsko-czeskiej granicy mamy pola transgenicznej kukurydzy dla niepoznaki obsadzonej na obrzeżach zwykłą. To hipokryzja - mówi prof. Marek Tukiendorf z Politechniki Opolskiej, wielki zwolennik GMO. Opolscy rolnicy nie kryją, że są żywo zainteresowani liberalizacją prawa. Przychodzą na spotkania z amerykańskimi plantatorami organizowane przez ambasadę USA. Twierdzą, że uprawy GMO to lepsze plony i mniejsze koszty. A więc genetycznie modyfikowane rośliny to czysty pieniądz. Ekolodzy nie kryją oburzenia.
    - Żywność modyfikowana genetycznie to eksperyment, którego wpływ na ludzi będzie znany dopiero w przyszłości - mówi Maciej Muskat, dyrektor Greenpeace Polska. - Badania na zwierzętach pokazują, że te produkty nie są dla organizmów neutralne.
    Żywności modyfikowanej sprzeciwiają się politycy PiS, którzy, gdy byli u władzy, wprowadzili restrykcyjne przepisy. - Powinniśmy pozostać krajem wolnym od GMO - mówi Krzysztof Jurgiel, były minister rolnictwa.
    Posłowie PO nie są już jednak tak pewni, że z GMO trzeba walczyć. - Utrzymując zakaz, tolerujemy hipokryzję i obłudę. W województwie opolskim rolnicy uprawiają rośliny modyfikowane genetycznie, bo sami sprowadzają sobie nasiona z Czech. Zakaz powoduje, że trochę lepiej się czujemy, ale tak naprawdę oszukujemy się - mówi Leszek Korzeniowski (PO), szef sejmowej komisji rolnictwa.
    O zmianę przepisów w naszym kraju naciska UE. 31 stycznia Komisja Europejska pozwała Polskę do unijnego Trybunału Sprawiedliwości za wprowadzenie zakazu obrotu nasionami GMO. W Unii można sprzedawać 25 produktów modyfikowanych genetycznie, m.in. bawełnę. Uprawiać można jednak tylko jeden gatunek modyfikowanej kukurydzy. Najwięcej - 75 tys. ha - rośnie jej w Hiszpanii.
    O ile rolnicy na uprawach GMO zwietrzyli już interes, o tyle konsumenci boją się modyfikowanej żywności. Jak pokazał sondaż PBS dla Gazety Wyborczej w marcu, aż 60 proc. Polaków jest przekonanych, że jedzenie produktów zawierających składniki GMO może być szkodliwe dla zdrowia. (...)

    Wykopali śląskiego smoka!
    Telewizja Silesia, Krzysztof Turzański, 2008.07.29
    Podwójna sensacja paleontologiczna w Polsce. Po raz pierwszy w naszym kraju wykopano kości nieznanych dotąd gatunków: wielkiego drapieżnego dinozaura oraz gada ssakokształtnego. Odkrycia dokonał w Lisowicach (...) zespół naukowców pod kierownictwem profesora Jerzego Dzika. Odkryciu patronuje National Geographic.
    Redaktor naczelna polskiego wydania Martyna Wojciechowska podkreśla że to sensacja na światową skalę. - Odkrycia dokonano rok temu. Bardzo trudno było utrzymać je w tajemnicy. National Geographic po raz pierwszy wesprze wykopaliska grantem - powiedziała Martyna Wojciechowska w rozmowie z Radiem Silesia.
    Lisowice pod Lublińcem. Jak wyglądało to miejsce 200 milionów lat temu nie wiadomo , ale wiadomo kto je zamieszkiwał. Wielki jak traktor , zęby jak tasaki a w rodzinie takie indywidua jak tyranosaurus rex. Skamieniałe szczątki drapieżnego dinozaura odkryli tam naukowcy. Odkrycie jest sensacyjne , bo gad paleontologom dotąd nie był znany, podobnie jak Lisowice. Jedno i drugie teraz się zmieni.
    To właśnie w tym miejscu naukowcy wykopali kości drapieżnego dinozaura. Przez dwa lata trzymano to w tajemnicy. Skamieniałe szczątki dinozaurów odkryli naukowcy w cegielni w Lisowicach. Żyły tutaj ponad 200 milionów lat temu i należą do nieznanych dotąd gatunków. Drapieżnego gada naukowcy nazwali smokiem. Sensacyjne odkrycie spowodowało, że Polska zaliczana dotąd do małociekawych miejsc, pozbawionych kości dinozaurów - nagle znalazła się w centrum zainteresowania.
    Radości nie ukrywa sołtys Lisowic . Od rana we wsi nie mówi się o niczym innym. W okolicy nie można już kupić National Geografic. Naukowcy jednak nie wszystkich przekonali. Temat zakłócił sielankową atmosferę wsi.
    Stworzenie, które wzbudziło sensację wyglądało mniej więcej tak. Smok z Lasowic to drapieżnik - najstarszy krewny słynnego Tyranozaura. Można się przestraszyć. (...)

    Nie głosuj na nich, jeśli zawiodą!
    Własne & Gazeta Wyborcza, 2008.07.28
    Obowiązkiem państwa jest dbać o dziedzictwo kultury. A na Górnym Śląsku nie ma bardziej palącej potrzeby kulturalnej jak pomoc ginącemu językowi śląskiemu. Jeśli posłowie z woj. śląskiego i opolskiego zawiodą, zdradzą Ślązaków i własny urząd!
    Posłowie Sejmu RP nie chcą wciągnąć śląskiego na listę języków regionalnych. Nie ma ku temu żadnych przesłanek merytorycznych. Takiej zniewagi Ślązacy nie mogą przepuścić. Poznaj nazwiska posłów z górnosląskich województw, których obowiązkiem jest działanie na rzecz najcenniejszego dziedzictwa kulturalnego regionu. napisz do swojego posła z oburzeniem!
    Posłowie z województwa śląskiego:
    http://www.sejm.gov.pl/poslowie/mapa6/12a.htm
    Posłowie z województwa opolskiego:
    http://www.sejm.gov.pl/poslowie/mapa6/8a.htm
    Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2008.07.27, Posłom się nie spieszy do śląskiej godki:
    Śląscy posłowie jeszcze niedawno mówili, że zrobią wszystko, by jak najszybciej rozpocząć prace nad uznaniem śląskiej mowy za język regionalny. Ostatecznie postanowili tę sprawę odłożyć na półkę i nie wiadomo, kiedy do niej wrócą.
    Status języka regionalnego ma dziś tylko kaszubski, dzięki czemu Kaszubi mogą liczyć na wsparcie z budżetu na pielęgnowanie języka. Wydawało się, że w sprawie mowy śląskiej przełomem będzie apel, który niedawno wspólnie wystosowały Związek Górnośląski, Ruch Autonomii Śląska i Towarzystwo Kultywowania i Promowania Śląskiej Mowy Pro Loquela Silesiana.
    - Nieuznawanie śląskiego za język to decyzja polityczna. Ta konferencja jednak pokazuje, że wola 60 tys. osób, które zadeklarowały, że w domu posługują się śląskim, nie może być zignorowana - mówił w czerwcu podczas konferencji o godce dr Tomasz Kamusella z Uniwersytetu Opolskiego, co miało tylko zdopingować parlamentarzystów do szybkiego działania. Obiecał to zresztą senator Andrzej Misiołek (PO), lider grupy śląskich parlamentarzystów.
    Teraz okazuje się, że na działania polityków przyjdzie jeszcze poczekać. Senator Misiołek uważa bowiem, że z tą sprawą śpieszyć się nie należy. - Sprawę mowy śląskiej trzeba najpierw zgłębić na poziomie naukowym, a nie politycznym. Jeśli to ma mieć ręce i nogi, dajmy więcej czasu naukowcom i dopiero później zdecydujmy, czy jest to język regionalny, czy nie - mówi senator. Dlatego zamiast projektu ustawy jesienią możemy spodziewać się w Senacie konferencji naukowej o Śląsku.
    Lucjan Karasiewicz (niezrzeszony) nie ukrywa rozczarowania. - Naukowcy już mieli czas. Jednym z argumentów przeciwko uznaniu mowy śląskiej za język regionalny jest to, że najpierw trzeba ją skodyfikować. To bzdura. Język romski przecież nie jest skodyfikowany! A jak wpiszemy godkę do ustawy, to będą też pieniądze na jej kodyfikację - wyjaśnia swoje racje.
    Jednak nie wszyscy politycy popierają jego pomysły. Senator Bronisław Korfanty (PiS) przypomina, że część naukowców uważa mowę śląską za odmianę języka polskiego. Takiego zdania jest np. ceniona etnografka prof. Dorota Simonides.
    - Dla mnie jest to odmiana języka oficjalnego, a ustawa o języku polskim wyraźnie mówi, że obowiązkiem państwa jest ochrona gwar i dialektów, tak by nie zginęły. To oznacza, że mamy już prawną ochroną gwary śląskiej - mówi.
    Korfanty ma jednak jeszcze inne obawy. - Zastanawiam się, czy sprawa języka regionalnego nie jest wstępem do upomnienia się o autonomię Śląska. Przecież tymi sprawami ciągle zajmują się te same środowiska. To wpisuje się w pewien ciąg zdarzeń. Wydaje mi się, że ci ludzie dążą tak naprawdę do tego, by mowa śląska stała się językiem narodu śląskiego - uważa senator.
    Zaskoczony takim obrotem spraw jest Jerzy Gorzelik, lider RAŚ. - Byłem przekonany, że w sprawie mowy śląskiej udało nam się dokonać jakiegoś przełomu. Teraz widzę, że te nadzieje były jednak przedwczesne. Widać, że wielu polityków ciągle nie rozumie tego problemu albo boi się sprawy, która może ich przerosnąć - mówi Gorzelik.

    Kołocz śląski do Księgi Rekordów Guinnessa
    Nowa Trybuna Opolska, Anita Koszałkowska 2008.07.23
    3 sierpnia w Opolu piekarze i cukiernicy ustanowią rekord w długości kołocza śląskiego. Do boju zagrzewać ich będzie Maciej Kuroń.
    Na opolskim rynku w niedzielę 3 sierpnia podczas balu żółto-niebieskiego cukiernicy z całej Opolszczyzny ustawią w linii prostej blachy z upieczonymi przez siebie kołoczami.
    - W tej sposób ustanowimy rekord Guinnessa, jakiego jeszcze nie było. Chcemy być pierwsi. Upieczemy najdłuższy kołocz - mówi Beniamin Godyla, przewodniczący Konsorcjum Kołocza Śląskiego, które wraz z urzędem marszałkowskim i nto organizuje bal z okazji 10-lecia obrony województwa.
    Każdy z piekarzy przyjedzie na opolski rynek z kilkoma blachami ciasta: będzie kołocz z serem, makiem, jabłkiem i oczywiście posypką. Potem ustawione w jednej linii ciasto będzie zmierzone. Cały proces sfilmujemy i dokumentację prześlemy komisji potwierdzającej rekordy.
    Dla opolskich cukierników udział w ustanowieniu rekordu będzie też olbrzymią promocją.
    - Dlatego zachęcam wszystkich, którzy jeszcze się nie zgłosili - apeluje Beniamin Godyla. - A szczególnie cukierników z Opola, bo dotąd mamy tylko jednego.
    Do wczoraj do bicia rekordu zgłosiło się 16 chętnych.
    Organizatorzy apelują też o pomoc do hurtowników artykułów spożywczych i mleczarzy. Na razie zaoferowały się Polskie Młyny i producent drożdży z Wołczyna - Lesaffre Polska SA. (...)
    Termin zgłoszeń upływa za tydzień. Piekarnie zaczną piec ciasta kilka dni przed 3 sierpnia, bo wszystkie produkty muszą być jak najświeższe.
    Gościem specjalnym naszego balu będzie Maciej Kuroń. Dla Opolan zaśpiewają Paweł Kukiz, kapele News i Chili oraz nasze lokalne zespoły artystyczne. Z programem kabaretowym wystąpi Cezary Pazura.
    Podczas balu będzie można zobaczyć, jak wypieka się tradycyjny kołocz. Na oczach zgromadzonych gości zrobi go Luc Zimmermann, cukiernik z Gogolina.

    Janosch w Zabrzu. Tym razem jako aktor
    Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2008.07.25
    Janosch znów wrócił do rodzinnego Zabrza! Tym razem z ekipą niemieckiej telewizji, która kręci film biograficzny o życiu pisarza, autora znanych na całym świecie bajek o Misiu i Tygrysku. - Wrócę znowu, jak Kutz będzie kręcił Cholonka - zapowiedział Janosch.
    (...) Joachim Lang, który od kilkunastu lat jest w niemieckiej telewizji wydawcą dziecięcego programu Klub tygryskowej kaczuszki (to od ulubionej zabawki, którą zawsze ciągnie za sobą Tygrysek z bajek Janoscha) dokonał rzeczy niemożliwej. Namówił pisarza do udziału przy pracy nad filmem biograficznym. - Długo nie chciał się zgodzić. Nawet teraz kręcenie to prawdziwa walka, ale owocna - żartuje reżyser.
    Janosch, który z filmowcami przyjechał w piątek do zabrzańskiego przedszkola nazwanego jego imieniem, otoczony przez wianuszek kilkulatków, przebranych za bajkowe tygryski, misie i kaczuszki, cierpliwie zgadzał się na powtórki ujęć. - Coraz lepiej radzę sobie przed kamerą - śmiał się rozbawiony, gdy dzieci zaciągnęły go do wspólnego odtańczenia kaczuszek.
    Dokument o Janoschu pod roboczym tytułem W poszukiwaniu Panamy kręcą wspólnie niemiecka ARD i francuska ARTE. Ekipa filmowa była już na Teneryfie, gdzie obecnie mieszka Janosch, i w Bawarii. Teraz, na tydzień, plan filmowy przeniósł się do Polski. - Niemożliwe, żeby w jego historii pominąć Zabrze. Tutaj spędził kilkanaście pierwszych lat życia. Niełatwe doświadczenia z dzieciństwa ukształtowały jego twórczość. To dlatego Janosch powtarza, że w dzieciach trzeba wyrobić układ odpornościowy przed dorosłymi - wyjaśnia Lang.
    Janosch, a właściwie Horst Eckert, urodził się w 1931 roku w Zabrzu. Dorastał w śląskiej rodzinie, która wraz z zakończeniem wojny musiała porzucić swój familok, bo została wysiedlona do Niemiec. Na całym świecie jest znany jako autor bajek, które ilustruje własnymi obrazkami. W Niemczech trzydziestolatków wychowanych na opowieściach o Tygrysku, Misiu i tygryskowej kaczce na kołach nazywa się pokoleniem J.
    Dla Ślązaków Janosch przeszedł do historii jako autor Cholonka, czyli dobrego Pana Boga z gliny. To biblia śląskości, w której pisarz opisuje nieistniejący już świat z polsko-niemieckiego pogranicza. - Dla mnie miejsc, które przypominają mi tamte czasy wciąż jest dużo. Obydwie szkoły do których chodziłem, kościół, gdzie byłem ochrzczony - wspomina pisarz. Nie ma już tylko jego domu rodzinnego przy ul. Piekarskiej. Tam, gdzie stał, powstanie średnicówka. Wszystkie te miejsca w najbliższych kilku dniach Janosch odwiedzi wraz z ekipą filmową.
    - Wkrótce na pewno wrócę na Śląsk. Chciałbym pomóc Kutzowi, przy ekranizacji Cholonka - zapowiada Janoscha.

    Nacjonalistyczne koszulki kibiców Odry Opole
    Gazeta Wyborcza, Grzegorz Staszak 2008.07.24
    Najpopularniejsze z haseł opolskich nacjonalistów widnieje na koszulkach, które nosi część kibiców Odry Opole. Koszulki na środku mają logo klubu i duży napis Śląsk Opolski zawsze polski. Prezes klubu nie widzi nic zdrożnego.
    Rozprowadza je jeden z opolskich sklepów sportowych. Kosztują dość sporo - 40 zł, ale jak przyznają sprzedawcy, to prawdziwy hit w ofercie. (...) Popularny wśród kibiców sklep sprzedaje mnóstwo gadżetów związanych z naszym rodzimym klubem. Są kurtki, bluzy, kalendarze, a także inne koszulki. Wśród niektórych kontrowersje wzbudza jednak właśnie ta z nacjonalistycznym hasłem. Właściciele sklepu reklamują ją, a także inne swoje produkty, na jednym z forów internetowych dla kibiców klubu.
    Jaki cel w propagowaniu nacjonalizmu mają kibice, którzy je noszą na mecze nie tylko na nasz stadion, ale także na spotkania w całym kraju, i niejednokrotnie skandują to hasło na trybunach?
    Trudno znaleźć takiego, który by to wytłumaczył. - Przede wszystkim jestem wiernym fanem Oderki i zbieram dosłownie wszystko - mówi Adrian. - A czemu akurat ta? Prawie wszyscy ją noszą - tłumaczy. - Myślę, że jest dosadnym pokazaniem, że to nasz stadion i nasz kochany klub i nikt nie będzie się do niego przypieprzał. Według mnie to bardzo dobre hasło - tłumaczy. - Nie potrafię zrozumieć, dlaczego kogoś miałoby to obrażać. Jak komuś się nie podoba, to niech się nie patrzy i nie przypier... bez sensu - ucina. - Nikt się tym zajmować nie powinien. To sprawa kibiców, co wkładają na mecze. My tym żyjemy, to jest świat kibiców i tylko my wiemy, o co chodzi. Zapewniam, że na pewno nikt nie chce nikogo obrażać - kończy Adrian.

    Johannes Hellmann - ojciec śląskiego pożanictwa
    Nowa Trybuna Opolska, 2008.07.22
    Strażacy ochotnicy z Szemrowic chcą przywrócić pamięć o Hellmannie.
    - Odkryliśmy tę postać przy okazji przygotowań do konferencji o historii pożarnictwa - mówi Rudolf Hyla, prezes OSP w Szemrowicach, gdzie od lat organizowane są zawody sikawek konnych.
    Okazało się, że ten Ślązak, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, stworzył podstawy dzisiejszych ochotniczych straży pożarnych. I to, w jaki sposób one dziś funkcjonują, jest jego zasługą.
    Hyla zna biografię Hellmanna na pamięć, wciąż zbiera o nim materiały.
    - Czy wiecie, komu zawdzięczamy między innymi ubezpieczenia przeciwpożarowe? - pyta prezes. - Hellmannowi właśnie.
    W uznaniu zasług powierzono mu przewodnictwo w Śląskim Prowincjonalnym Zawiązku Straży Pożarnych. I jeszcze za jego życia bito medale Hellmanna, wręczane najbardziej zasłużonym strażakom na Śląsku. Tę tradycję szemrowiccy druhowie chcą wskrzesić.
    reklama
    Zaprzyjaźniony pracownik Centralnego Muzeum Pożarnictwa w niemieckim Feldzie przysłał im zdjęcia medalu, po to, by mogli go odtworzyć.
    - Chcemy, by ten medal tak jak za czasów Hellmanna był odznaczeniem ponadregionalnym, obejmującym trzy województwa: śląskie, opolskie i dolnośląskie, czyli dawny Śląsk - mówi Joachim Wloczyk, sołtys Szemrowic. - Aby tak się stało, musimy mieć zgodę wojewódzkich zarządów OSP. Pracujemy nad tym.
    Jako że medal jest pomysłem strażaków z Szemrowic, jest oczywiste, że będą mieli oni swojego przedstawiciela w kapitule przyznającej odznaczenie.
    Jaki związek ma Johannes Hellmann z Szemrowicami?
    - Żaden - mówi Hyla. - Był on burmistrzem Gliwic, potem mieszkał w Nysie, gdzie został pochowany. Niewielu nysan o nim wie, ba, nawet niewielu strażaków o nim słyszało. A tak być nie powinno. I my mamy zamiar to zmienić.
    Już zrobili pierwszy krok. Na początku czerwca odsłonili tablicę upamiętniającą ojca śląskiego pożarnictwa. Wisi na ścianie remizy.

    Wielka feta w Oleśnie
    Gazeta Opolska, Oriana Janerka 2008.07.23
    Jest jednym z najstarszych miast śląskich. Olesno w tym roku obchodzi swoje 800-lecie. Uroczyste otwarcie obchodów jubileuszu zbiegnie się z Dniami Olesna, które zaczynają się w sobotę.
    - Jubileusz będzie trwał cały rok, a zakończy się dopiero z rozpoczęciem kolejnych Dni Olesna - mówi Bożena Matusiak, sekretarz gminy. - Zaplanowaliśmy wiele imprez i uroczystości. Wszystko rozpocznie się Uroczystą Sesją Rady Miasta.
    - Wręczymy Róże Olesna - wymienia Matusiak. - Pierwszego dnia jubileuszu będzie wydana oficjalna moneta Cztery Michały, będziemy wybijać żetony i używać na poczcie oficjalnej jubileuszowej pieczątki.
    Przez cały rok na ulicach Olesna będzie można oglądać wystawy tematyczne: Spacer po XX-wiecznym Oleśnie, Olesno sprzed II wojny światowej, Ruiny Olesna w 1945 roku...
    We wrześniu tego roku odbędzie się harcerski rajd pieszy szlakiem Józefa Lompy z Sowczyc, przez Wysoką do Olesna. Na kolejny rok przewidywany jest plener malarski, żakinada, koncerty oraz graffiti na ulicach miasta. (...)
    Pierwsza wzmianka źródłowa o Oleśnie znajduje się w dokumencie erekcyjnym kościoła pod wezwaniem św. Michała, wystawionym przez biskupa Wawrzyńca w 1226 r. Jednak już w 1208 r. wzniesiono tam pierwszy zamek myśliwski w pobliżu obecnego kościoła.

    Zagraj w filmie o śląskim Jamesie Bondzie!
    Mirosław Ropiak, Dom Kultury w Rybniku-Chwałowicach 2008.07.21
    Rybnicki Klub Filmu Niezależnego planuje do końca wakacji nakręcić trzy filmy. Na początku lipca ruszyliśmy z czwartym filmem dotyczącym Śląska. Poprzednie trzy filmy: Jak przed wojną, Msza i Kantpol nadal cieszą się sporym powodzeniem. Mamy nadzieję, że nie mniejszym zainteresowaniem cieszyć się będzie kolejny film Eugeniusza Klucznioka i Mirosława Ropiaka pod roboczym tytułem Byzuch. Byzuch czyli odwiedziny. Po 25 latach na rodzinny Śląsk przyjezdża w odwiedziny Jorguś. Zabiera ze sobą swojego przyjaciela z Frankfurtu. Sytuacja ta staje się doskonałą szansą ukazania różnic i stereotypów Niemców i Ślązaków. Premiera odbędzie się 28 września w Domu Kultury Chwałowice podczas VII RePeFeNe.
    Na początku sierpnia ruszy realizacja filmu o przygodach rybnickiego Jamesa Bonda. Roboczy tytuł tego filmu to Projekt Ares. Scenariusz napisał młody poeta i student filozofii Szymon Stoczek. W historii tej nie zabraknie wszystkich tych elementów, które prawdziwy film o super agencie powinien posiadać tzn. pościgów samochodowych, strzelanin, dobrego humoru i oczywiście pięknych kobiet, a sama treść nie jest skomplikowana. Amerykanie budują w rejonie Rybnika tarczę antyrakietową. W Chwałęcicach. Niejaki Alib Arcza wypowiada Polsce wojnę jako kare za współpracę z amerykanami. W postać Bonda wcieli się Marian Mielczarek. Pozostała obsada jest jeszcze kompletowana. Jeśli ktoś z czytelników byłby zainteresowany rolą prosimy o kontakt pod nr tel 0 694 432 676 lub mailowym klubkfn@wp.pl. Twórcy filmu poszukują też osób chętnych do pomocy. Poszukujemy ciekawą odzież w stylu lat 60-tych, oryginalne samochody, starsze samochody, które wezmą udział w pościgach i interesujących lokali w stylu kasyna czy nietuzinkowych pubów.
    Równocześnie KFN jest współproducentem nowego filmu Szymona Stoczka pt. Dla Ciebie. Będzie to filozoficzna etiuda.

    Obelisk w 10. rocznicę obrony regionu
    Gazeta Wyborcza, jon 2008.07.18
    Po co kolejny pomnik poświęcony temu samemu wydarzeniu, skoro mamy już armatę w kształcie wieży piastowskiej na pl. Wolności upamiętniającej obronę województwa?
    Zapytałam o to zebranych pod obeliskiem, który w piątek odsłonięto na przeciw urzędu wojewódzkiego. Kilka osób nie wiedziało i dopiero dr Kazimierz Szczygielski, były wieloletni poseł RP wyjaśnił, że pierwszy stanął w rocznicę, ten po dekadzie i pokazuje wszystkim, którym jeszcze przez myśl przeszłoby likwidowanie województwa, że my tu czuwamy i nie damy się.
    Wtedy jednak szturchnął mnie kolega dziennikarz pytając, dlaczego obelisk mówiący o jedności regionu składa się z dwóch głazów? - Ale się łączą i to pewnie symbolizuje jedność mniejszości z większością - wtrąciła socjolog Danuta Berlińska ubiegając śmiech dziennikarza, który myślał, że to symbole województwa dolnośląskiego i śląskiego, które miały nas wchłonąć. (...)
    Potem wszyscy udali się na konferencję naukową. Padło podczas niej wiele gorzkich słów przy podsumowaniu dekady samodzielnego regionu, ale i powiało optymizmem, choćby w słowach Janusza Wójcika, legendarnego bojownika sprzed 10 lat, który namawiał, by mimo wszystko region pokochać, bo inaczej nic się w nim nie zdziała. Dostał największe brawa.
    Treść na obelisku:
    18 lipca 1998 roku, szanując wolę mieszkańców Opolszczyzny, Sejm RP zdecydował o istnieniu województwa opolskiego. Wielomiesięczna obrona województwa zakończyła się zwycięstwem. W 10 rocznicę uczestnicy tamtych wydarzeń.

    Wojna o niemiecki pomnik
    Gazeta Wyborcza, Joanna Pszon 2008.07.16
    Czy już żaden pomnik poświęcony niemieckim żołnierzom nie stanie na Opolszczyźnie? - A po co teraz w Polsce ich upamiętniać? - dziwi się sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik, który jest przeciwny odbudowaniu pomnika w Łące Prudnickiej.
    Pomnik w Łące Prudnickiej poświęcony żołnierzom niemieckim, którzy walczyli podczas I wojny światowej, składa się z kilku kamieni. Na razie leżą rozrzucone przy głównej drodze. Miejscowi chcieliby go odnowić, by było ładnie. - Pochodzę ze Wschodu, ale przecież moi przodkowie też gdzieś ginęli. Może i tam ktoś im świeczkę zapali, jak my tym tutaj poległym - uważa pani Maria, mieszkająca w Łące już 60 lat. - To zwykli rolnicy, których na wojnę zabrano, żadna armia - dopowiada Irena Madera, która od 2000 roku staje na głowie, aby pomnik odnowić. - Znaleźliśmy go z dziećmi w trawie. Odkopaliśmy. Zaczęłam szukać byłych mieszkańców, by się czegoś więcej dowiedzieć. To pomnik z I wojny światowej postawiony tym, którzy zginęli gdzieś daleko na frontach, aby ta ludność mogła swym bliskim gdzieś świeczkę zapalić - tłumaczy.
    Oburzenie
    I choć także prudniccy radni poparli pomysł i przeznaczyli na odnowę 20 tys. zł, pojawiły się głosy oburzenia. To Niemcy przecież wywołali obie wojny światowe, to hitlerowskie Niemcy mordowały różne narodowości, w tym także Polaków, którzy teraz mają im za to postawić pomnik? - pytał nas Czytelnik.
    Jerzy Czerwiński z Prudnika, który jest radnym sejmiku w klubie PiS-u i słynie z patrzenia Niemcom na ręce, wysłał natychmiast do wojewody pismo, aby stwierdził nieważność uchwały prudnickiej rady. Wytykał błędy formalne, jak brak przy pomniku polskiego tłumaczenia inskrypcji, co jego zdaniem jest sprzeczne z przyjętymi wytycznymi Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Miał też za złe, że pozostawia się żelazny krzyż na pomniku, choć widnieje na nim napis 1914, więc nie propaguje nazizmu. - I jeszcze te butne napisy po niemiecku: Naszym dzielnym bohaterom oraz Nie zapomnij narodzie o swoich zmarłych. Po co jątrzyć? - pytał Czerwiński, który uważa, że znalezione części pomnika powinny spocząć przy miejscowym kościele.
    Wojewoda jego racji nie podzielił, więc Czerwiński poskarżył się sekretarzowi Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, który właśnie wysłał do burmistrza Prudnika negatywną opinię dotyczącą upamiętnienia. - Nie widzę powodów, by odbudowywać pomniki w centrum miejscowości ku czci niemieckich żołnierzy - wyjaśnił nam.
    Zdziwienie
    Czerwiński nie kryje satysfakcji, tymczasem Mniejszość Niemiecka się aż zagotowała. - Przewoźnik plecie głupoty - denerwuje się poseł Galla. - Oderwał się od rzeczywistości. Przecież ustaliliśmy, że pomników z I wojny odtwarzanych żywcem tak jak wyglądały się nie czepiamy. Co on teraz wyprawia? I o jakich procedurach mówi? Na pewno będę się chciał spotkać z wojewodą, by to wyjaśnić - zapowiada.
    Wojewoda Ryszard Wilczyński podkreśla, że według prawa należało zasięgnąć opinii rady, a jej decyzja jest wiążąca i jako wojewoda on ją szanuje, choć jako obywatel nie rozumie, tym bardziej że jest bez uzasadnienia. - Mówimy o renowacji pamiątki historycznej, która tam stała, to element tej ziemi, jak bez tego mówić o ciągłości historycznej? Rzecz dotyczy I wojny światowej, nie drugiej, gdzie może być pole sporu. A skoro nie można tego jednoznacznie rozstrzygnąć na gruncie prawa, to potrzebna jest taka ustawa czy rozporządzenie, które będzie to regulować jasno i jednoznacznie. Obecna ustawa o upamiętnieniach jest anachroniczna, mówi o narodach nam bliskich. To znaczy, że są też wrogie. To nie jest język nowoczesnej Europy, to należy jak najszybciej zmienić. (...)

    Rocznica uchwalenia autonomicznego województwa śląskiego
    Dziennik Zachodni, Agata Pustułka 2008.07.15, Rocznica uchwalenia konstytucji autonomicznego województwa śląskiego
    88 lat temu, 15 lipca 1920 roku, Sejm Ustawodawczy uchwalił Statut Organiczny Województwa Śląskiego, który stanowił m.in., że województwo śląskie będzie miało własny Sejm i Skarb. Dziś na rozpatrzenie czeka wniosek Ruchu Autonomii Śląska o uznanie, że likwidacja autonomicznego województwa przez Krajową Radę Narodową w 1945 roku była niezgodna z prawem. Oficjalne pismo dostał premier Donald Tusk, który zdecyduje, czy sprawa zostanie skierowana do Trybunału Konstytucyjnego.
    - Otworzyłoby to drogę do wyborów do Sejmu Śląskiego. Bo tylko on miał prawo zdecydować o losie autonomii - mówi Jerzy Gorzelik, prezes Ruchu.
    - RAŚ przejął w regionie rząd dusz. I nie jest to tylko działanie czysto polityczne. Można mówić o pokoleniu RAŚ, czyli 20- i 40-latków, które dumne ze swojego pochodzenia pielęgnuje śląską mowę i kulturę - twierdzi dr Elżbieta Sekuła ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, autorka pracy o scenie politycznej Górnego Śląska.
    RAŚ podjął ostatnio dyskusję o autonomii oraz o usankcjonowaniu języka śląskiego. Przy RAŚ powstała nawet firma Silesia Progress oferująca gadżety popularyzujące Śląsk.
    - Na tle kompletnego uwiądu Związku Górnośląskiego, który tylko sztandary na pogrzebach trzyma, RAŚ jawi się jako jedyna organizacja regionalna - ocenia publicysta Michał Smolorz. - Jeśli nie w najbliższych to w kolejnych wyborach mogą liczyć na mandaty. Co uderza szczególnie, to udział młodych ludzi.
    Zdaniem socjologa prof. Marka Szczepańskiego reszta kraju z niepokojem odbiera działania RAŚ. - Nauczanie historii w szkołach nie obejmuje okresu międzywojennego na Górnym Śląsku. Nawet mało kto wie, że województwo śląskie dzieliło się swoimi wpływami z II RP - ocenia profesor Szczepański. Jest przekonany, że większość Ślązaków przede wszystkim myśli o bezpieczeństwie i pewności pracy, a nie o autonomii.
    Okres funkcjonowania autonomicznego województwa śląskiego mimo upływu lat wywołuje wciąż gorące dyskusje: na ile w Europie regionów i w granicach Polski Śląsk może być samodzielny i jaką dawkę samodzielności potrafi znieść polska racja stanu.
    Dziś te sprawy są rozgrywane przez Ruch Autonomii Śląska, w którym prym wiodą 30-latkowie, pokazujący się podczas wieców w koszulkach z napisami Śląsk mój heimat. O rejestrację od lat walczy Związek Ludności Narodowości Śląskiej, który ma z RAŚ liczne personalne związki. Historia stała się niezwykle ważnym punktem odniesienia dla formułowanych dziś programów politycznych. (...)
    88 rocznica uchwalenia konstytucji autonomicznego województwa śląskiego
    Z Tomaszem Słupikiem, politologiem z UŚ, rozmawia Agata Pustułka
    17 lat autonomicznego województwa śląskiego wspominamy z nostalgią. Jest za czym tęsknić?
    II RP dała Śląskowi szeroki zakres autonomii, choć nie bezinteresownie i na dodatek kontrolując wszystkie wydarzenia. Śląska samodzielność, bezprecedensowa w skali Europy, wyrażała się przede wszystkim w działalności dwóch podstawowych instytucji: Sejmu Śląskiego i Skarbu Śląskiego. Kompetencje Sejmu obejmowały sprawy od policji przez szkolnictwo, po uchwalanie podatków, ustawy porządkowe i kwestie związane z bezpieczeństwem pracy. Sejm Polski zastrzegał sobie prawo głosu w polityce zagranicznej, bezpieczeństwie wewnętrznym, polityce celnej i sądownictwie.
    Drugim filarem autonomii był Skarb Śląski...
    Wpływy Skarbu dzielono na podstawie wzoru matematycznego, zamieszczonego w dodatku do statutu organicznego. To Śląska Rada Wojewódzka określała, a Rada Ministrów zatwierdzała ostateczną kwotę. Generalnie 60 proc. dochodów zostawało w województwie, a 40 proc. było odprowadzanych do Warszawy. Zależności finansowe dokładnie prześledził prof. Józef Ciągwa z UŚ i z jego badań wynika, że wzajemne rozliczenia nie były dla województwa korzystne.
    Utrzymywaliśmy II RP?
    To za dużo powiedziane, ale ponad 70 proc. produkcji przemysłowej wytwarzano w woj. śląskim.
    W przedwojennym woj. śląskim tylko wojewoda Rymer był Ślązakiem. Czy rząd II RP tak zachowywał kontrolę nad regionem?
    Wojewoda z jednej strony stał na czele władz samorządowych, Śląskiej Rady Wojewódzkiej, która była organem wykonawczym dla Sejmu Śląskiego, a z drugiej był no- minowany przez prezydenta RP na wniosek premiera i reprezentował interesy rządu polskiego. Najdłużej funkcję tę pełnił Michał Grażyński, który od 1926 r. robił wszystko, by śląską autonomię jak najbardziej ograniczyć. Mimo tych zabiegów, obowiązywała do 1939 r. O skali autonomii niech świadczy fakt, że Sejm Śląski potrzebował sankcji prezydenta RP tylko w jednym przypadku: ustawy o ustroju wewnętrznym województwa.
    Jakie sympatie przeważały w tym autonomicznym województwie?
    Śląsk był zawsze wielokulturowy i wielonarodowy. W wyborach do Sejmu Śląskiego w 1926 r. 40 proc. mandatów zdobyli tutejsi Niemcy. Niezwykle istotną rolę dla wzrostu opcji propolskiej odegrał Wojciech Korfanty, który paradoksalnie był przez władze polskie, a szczególnie Józefa Piłsudskiego, zwalczany.
    Czy Ślązacy korzystali z możliwości statutu organicznego?
    Podam przykład: istotną rolę ode- grała grupa przepisów dotyczących pracy. Chodzi zwłaszcza o uregulowania dotyczące ograniczenia migracji zarobkowej na teren Śląska. Wygląda to dziś na rodzaj nacjonalizmu gospodarczego, ale wtedy przepisy te stały się podwaliną śląskiego eldorado, bo tak właśnie w II RP odbierano Śląsk. Był rzeczywiście perłą w koronie. (...)

    Stolica Górnego Śląska o mentalności wsi
    Gazeta Wyborcza, Anita Dmitruczuk 2008.07.13, Koncert dla ludzi czy urzędników?
    Na koncercie Michała Bajora, zorganizowanego dla mieszkańców Opolszczyzny, połowę sali zarezerwowano dla gości. Czy w praktyce oznacza to urzędników i ich znajomych?
    Koncert Michała Bajora zaplanowany na poniedziałek miał być jedną z tych imprez, na których mieszkańcy Opolszczyzny będą się bawić w poczuciu wspólnoty i radości z istnienia województwa opolskiego. Obchody 10-lecia jego obrony organizuje komitet honorowy powołany przy urzędzie marszałkowskim. Zainteresowanie koncertem było bardzo duże, jednak nie aż tak, jak duże było rozczarowanie, kiedy okazało się, że na bezpłatne wejściówki nie ma co liczyć. - Ludzie szturmują kasy i odchodzą w nerwach, bo zaproszeń już dawno nie ma, rozeszły się migiem. Rozumiem ich, ale to nie my organizujemy koncert, my tylko wynajmujemy salę. A wejściówek dostaliśmy po prostu mało - mówi Beata Siwicka z Filharmonii Opolskiej.
    Do 495-osobowej sali komitet honorowy postanowił zabrać 200 swoich gości (...). Kim są zaproszeni goście? Do końca nie wiadomo, bo pomimo ponawianych próśb urząd marszałkowski nie udostępnił nam listy gości. Za to określił ich rangę. - To ludzie zasłużeni dla obrony województwa, wyróżnieni tytułami honorowego obywatela, samorządowcy z całego regionu, rektorzy czy szefowie instytucji, którzy z nami współpracują. Słowem: ludzie, których nie sposób pominąć przy takiej okazji jak obchody rocznicy walki o województwo - mówi Mateusz Figiel, szef promocji w urzędzie marszałkowskim.
    Dużo jaśniej sprawę wytłumaczyła rzeczniczka marszałka Jolanta Kawecka, która za przykład sprawiedliwego podziału zaproszeń podała... swój własny. - Ja na przykład wzięłam osiem zaproszeń, ale nie dam ich przecież innym urzędnikom, tylko swoim koleżankom, to przecież zwykłe mieszkanki Opolszczyzny - mówi. - Michał Bajor nie występuje na świeżym powietrzu, więc nie mogliśmy koncertu zorganizować na przykład w amfiteatrze. A poza tym to taki podział biletów, gdzie połowę rozprowadza urząd marszałkowski, a połowę Filharmonia, jest sprawiedliwy. Nie można przecież mówić, że urzędnicy nie są zwykłymi mieszkańcami, przecież są normalnymi ludźmi - burzy się rzeczniczka.
    Dla wszystkich, którzy naiwnie sadzili, że jak opłacany przez nich urząd organizuje dla nich imprezę, to mają prawo się na nią udać, rzeczniczka marszałka ma złotą radę. - Sposobów obcowania z kulturą jest sporo, czasem się za nią płaci, innym razem nie. Ale przecież jak nie pracowałam w urzędzie, to też czasem odchodziłam z kwitkiem, jak chciałam dostać darmową wejściówkę. Tak po prostu bywa - rozkłada ręce. Na sugestię, że może w takim razie urzędnicy powinni zrobić sobie zamknięty koncert dla siebie i swoich gości, odpowiada ze stoickim spokojem: - No tak, ale wtedy prasa by pisała, że czemu robimy koncert dla siebie z pieniędzy podatnika...

    W Katowicach odbył się II Marsz Autonomii
    MMSilesia.pl, Witold Stech 2008.07.12
    Gorące letnie temperatury nie przeszkodziły śląskim autonomistom w odbyciu drugiego już Marszu Autonomii. Żółto-niebieski korowód przemaszerował ulicami Katowic, zaczynając na placu Wolności a kończąc na placu Sejmu Śląskiego, przed Urzędem Wojewódzkim.
    W marszu wzięło udział około 800 osób. Przemarsz przez miasto odbył się w pokojowych warunkach, praktycznie na całej długości trasy można było spotkać tłumy gapiów. Jedni patrzeli zaciekawieni, inni - machali ręką. Dobrze, niech walczą o swoje! krzyczała jedna z Pań, starszy mężczyzna kiwał głową z przekąsem: I tak nic nie zmienią, tylko nas ośmieszą.
    Jak wyglądał sam pochód? Na jego czele podążała brygada zmotoryzowana, tuż za nią zbrojni rycerze, orkiestra dęta, a dalej już tylko... żółto-niebieski tłum powiewający flagami, niosący transparenty i wznoszący co jakiś czas okrzyki: Górny Śląsk! Przemarsz zatrzymał się na placu Sejmu Śląskiego, gdzie, po uformowania szyków członkowie RAŚ-u zaapelowali do przybyłych. Zanim to jednak nastąpiło, uczczono minutą ciszy pamięć ofiar wypadku w Serbii.
    W kolejnych wystąpieniach członkowie RAŚ-u zaapelowali do przybyłych, aby zjednoczyć się w wspólnej sprawie, jaką jest odzyskanie przez Górny Śląsk autonomii utraconej tuż po II Wojnie Światowej, dekretem władz komunistycznych z dnia 6 maja 1945 roku.
    Kilka lat temu Jerzy Gorzelik, prezes Ruchu Autonomii Śląska powiedział: Dać Polsce Śląsk to tak, jak dać małpie zegarek. No i po 80 latach widać, że małpa zegarek zepsuła. Dziś słowa te zabrzmiały ponownie. Śląski satyryk i kabareciarz Marian Makula podkreślał: Najwyższy czas żeby odzyskać zegarek. Głośne apele do wojewody o wyjście i rozmowę z zebranymi nic nie dały, ten bowiem już wcześniej wyjechał do Serbii.
    Marsz, tak jak pokojowo się zaczął, tak też się skończył. Pod Górnośląskim Centrum Kultury ustawiono kram, gdzie można się było zaopatrzyć w górnośląskie gadżety, z kolei przed pomnikiem Wojciecha Korfantego odbył się pokaz walk rycerskich. Miało się odbyć również bicie pamiątkowej monety, ale... niestety zaszwankowała technika - maszyna wybijająca uległa zepsuciu.
    O ocenę marszu i atmosfery wokół działań Ruchu Autonomii Śląska poprosiliśmy jej prezesa, Jerzego Gorzelika.
    - W porównaniu do pierwszego marszu zauważalny jest postęp frekwencyjny. Równie wyraźny postęp zauważamy w odbiorze działań Ruchu Autonomii Śląska. Zmienia się klimat, mamy do czynienia z coraz większym zrozumieniem dla decentralizacji w społeczeństwie, jak również w obozie koalicji rządzącej. To cieszy, coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, o co chodzi w idei autonomii. Będzie nas coraz więcej, odzyskanie autonomii staje się dzięki temu coraz realniejsze - powiedział MM Silesii Jerzy Gorzelik.

    Wypadek śląskiego autokaru w Serbii
    NaszeMiasto.pl, zal, www.rts.co.yu 2008.07.11, Są zabici w wypadku śląskiego autokaru w Serbii
    Polski autokar ze Śląska wiozący ok. 70 osób (w tym 30 dzieci) rozbił się rano w pobliżu serbskiej Suboticy. Są ofiary śmiertelne - 6 osób zginęło, 7 jest ciężko a 31 lekko rannych. Zabici to trzech mężczyzn, dwójka dzieci i jedna kobieta.
    Do wypadku doszło ok. 6.30 rano, gdy kierowca autobusu z nieustalonych dotąd przyczyn zjechał do rowu. Na miejscu trwa akcja ratownicza.
    - Autobus znajduje się w rowie, nie znamy liczby poszkodowanych osób, ale według szczątkowych informacji przekazanych przez przewoźnika zginąć mogło nawet 10 osób - powiedziała przedstawicielka organizatora wyjazdu biura In Tour Beskidy Teresa Ścibisz.
    Część spośród poszkodowanych pasażerów trafiła do szpitali w Suboticy i Nowym Sadzie.
    Autobusem przewoźnika z Rudy Śląskiej wracało z wczasów w Bułgarii ok. 70 osób, ok. 40 z nich to pracownicy kopalni Ziemowit w Lędzinach. Ambasador Polski w Serbii poinformował, że w autobusie były m.in. dzieci.
    Właściciel firmy zapewnił, że autokar był sprawny, miał ważne badania techniczne i był obsługiwany - jak nakazują przepisy - przez dwóch zmieniających się kierowców. Kierowcy zmienili się ok. godz. 5 rano, czyli na ok. półtorej godziny przed wypadkiem. Ojciec jednej z dziewczynek, która uczestniczyła w wypadku twierdzi jednak że autokar był w dramatycznym stanie.
    Według relacji kierowców, do wypadku doszło w chwili, kiedy drugi kierowca, który nie prowadził, poprosił kierującego autokarem kolegę o wyłączenie oświetlenia wewnętrznego. (...)
    Serbskie radio i telewizja informuje, że w szpitalu w Nowym Sadzie jest dziewięcioro ciężko rannych i 31 osób z lekkimi obrażeniami.
    Osoby, które chcą uzyskać informacje na temat wypadku, mogą dzwonić pod numer:
    +381 11 20 65 310 lub 318, +381 11 632 382 07
    Informacji udziela także Ministerstwo Spraw Zagranicznych:
    (22) 523 98 93 lub (22) 523 97 18

    II Marsz Autonomii już w sobotę!
    www.raslaska.org 2008.07.10
    Już w sobotę 12 lipca bieżącego roku odbędzie się II Marsz Autonomii organizowany przez Ruch Autonomii Śląska w związku z 88 rocznicą uchwalenia przez sejm RP ustawy konstytucyjnej, zwierającej statut organiczny województwa śląskiego, nadający ziemiom śląskim w Polsce autonomię. Pierwszy marsz odbył się 15.07.2007, gromadząc ponad 300 osób. Podobnie jak w zeszłym roku RAŚ pragnie zaprosić do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu wszystkich mieszkańców regionu, którym bliska jest idea autonomii. Spotykamy się na katowickim Placu Wolności o godzinie 12.00. Stamtąd przy dźwiękach orkiestry przejdziemy na Plac Sejmu Śląskiego - w miejsce ściśle związane z międzywojenną autonomią.
    Organizatorzy liczą na udział całych rodzin. Na uczestników czekają atrakcje - m.in. pokaz walk rycerskich, bicie pamiątkowej monety, piękne motocykle. Podobnie jak w zeszłym roku marsz przebiegał będzie w wesołej, piknikowej atmosferze.

    Feler Czerwca przyznany!
    Łowcy Felerów, 2008.07.09
    Łowcy Felerów*:
    Minął kolejny miesiąc naszej działalności, tak więc nie mogło zabraknąć kolejnego Feleru Miesiąca. Czerwcowego Felera przyznaliśmy Bartłomiejowi Knapikowi - redaktorowi wrocławskiego Echa Miasta za artykuł Śląska lekcja (http://tnij.org/slaska_lekcja). Zaważyły takie fragmenty artykułu jak: (...)to we Wrocławiu zarabia się lepiej niż na Śląsku. oraz Wiecie, że na Śląsku zarabiają więcej niż u nas [we Wrocławiu]?. Krótko mówiąc: wg laureata naszej antynagrody Dolny Śląsk nie jest częścią Śląska. To mniej więcej tak jak gdyby uznać, że Europa Zachodnia nie jest częścią Europy, albo Pomorze Zachodnie częścią Pomorza. Postanowiliśmy wyróżnić taki oryginalny tok myślenia :).
    *)Łowcy Felerów o sobie:
    Jesteśmy grupą młodych Ślązaków, która w trosce o dobro swojego regionu postawiła sobie za cel reagowanie w przypadkach nieprawidłowego stosowania w mediach nazwy Śląsk i Górny Śląsk. Wychodzimy z założenia, że popełniane przez dziennikarzy błędy to nie efekt złej woli lecz braku odpowiedniej wiedzy w tym zakresie. Dlatego nasza działalność ma charakter informacyjno-edukacyjny a nie piętnujący. By lepiej wypełniać swe zadanie do wiadomości dołączamy mapę(http://img180.imageshack.us/img180/7881/luzycepluskontursr9.jpg), która pozwoli Państwu łatwiej dostrzec różnicę między województwem śląskim a Śląskiem oraz wykład dr. Greinera pt. Granice Śląska (http://www.sendspace.com/file/dqxd86).

    Spotkania ewangelizacyjne w Dzięgielowie
    Dziennik Zachodni, Gabriela Lorek 2008.07.07, Dzięgielów: W wielkim namiocie rozmowy o Bogu
    Kilka tysięcy osób z całej Polski, a także z zagranicy rozmawia o Bogu i religii w Dzięgielowie na Śląsku Cieszyńskim. W tej niewielkiej miejscowości rozpoczął się bowiem w sobotę kolejny, już 59. Tydzień Ewangelizacyjny. Został zorganizowany przez Centrum Misji i Ewangelizacji Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego.
    Tydzień Ewangelizacyjny w Dzięgielowie jest jedną z największych w Europie akcji ewangelizacyjnych. Przyjeżdżają na niego ludzie różnych wyznań, w różnym wieku: dzieci, młodzież, osoby starsze. Są zakwaterowani w miejscowym przedszkolu, podstawówce, remizie, śpią pod namiotami.
    Natomiast w ciągu dnia pod wielkim namiotem uczestniczą we wspólnych modlitwach, seminariach, wykładach, warsztatach i koncertach. Organizowane są też specjalne spotkania ewangelizacyjne dla dzieci. Wszystkie zajęcia prowadzone są w przystępny sposób, często w formie zabawy. Codziennie organizatorzy przyjmują w namiotowym centrum około 4 tysięcy osób.
    - Robimy Dzięgielów po to, żeby dotrzeć z ewangelią do jak największej liczby ludzi. To jest nasze główne przesłanie - mówi Paweł Gumpert, jeden z organizatorów TE.
    Adresatami letniego spotkania w Dzięgielowie były i są nie tylko osoby mocno związane z Kościołem. Przyjeżdżają tutaj także ludzie, którzy krążą wokół Boga lub są od Boga daleko.
    - W takich przypadkach ogromna jest rola ludzi zaangażowanych w Kościół. Chodzi o to, by stali się tymi, którzy zapraszają, przyprowadzają, zachęcają. Którzy są drogowskazem, pokazują, jak trafić do Boga - dodaje Gumpert.
    W ciągu 9-dniowego Tygodnia Ewangelizacyjnego (zakończy się w niedzielę, 13 lipca) muzycy, wykładowcy i ewangeliści mówią o tym, co zadziwia i ma wpływ na dzień powszedni każdego człowieka. To bowiem myśl przewodnia tegorocznej edycji. (...) Wykładów, ewangelizacji, rozmów na żywo można także posłuchać w interncie na stronie - www.sluchaj.cme.org.pl. Za pośrednictwem sieci można również rozmawiać z duszpasterzami.

    Eichendorff w rysunku
    Nowiny Raciborskie, oprac. e.Ż 2008.07.01
    III Międzynarodowy Konkurs Plastyczny im. Josepha von Eichendorffa w ZS Krzanowice.
    Konkurs skierowany był do trzech grup wiekowych: dzieci klas I-III, IV-VI oraz młodzieży gimnazjalnej. Napłynęło 205 prac z Polski, Niemiec i Czech, których tematem była plastyczna interpretacja wiersza poety pt. Nocą. Uroczyste podsumowanie konkursu i rozdanie nagród odbyło się 28 maja w Zespole Szkół w Krzanowicach. Uświetniły je występy wokalne Agnieszki Błońskiej, Pauliny Kozioł i Dominiki Sławik oraz popisy grupy teatralnej z SP w Krzanowicach, która zaprezentowała zabawną scenkę regionalną. (...)
    Pomysłodawcą i corocznym organizatorem konkursu jest Aleksandra Osadnik, nauczycielka plastyki w ZS w Krzanowicach.

    Śląska fototeka na opolskim Rynku
    Gazeta Wyborcza, gs 2008.07.01
    Można już oglądać na opolskim rynku wystawę pt. Fototeka Śląska, prezentującą wielkoformatowe reprodukcje archiwalnych fotografii wykonanych na terenie Śląska Opolskiego.
    - Zdjęcia pokazują, jak wyglądał kiedyś Śląsk Opolski, wystawa może się więc okazać wspaniałą lekcją historii dla mieszkańców - mówiła podczas wczorajszego wernisażu Magdalena Górniak, autorka wystawy. Większość fotografii pochodzi z prywatnych archiwów mieszkańców. Są też takie, które udostępniło Muzeum Śląska Opolskiego. Zdjęcia ukazują np. pracujących chłopów, szkolenia gospodyń i ówczesne żniwa. (...)
    Wystawę zorganizowało Muzeum Wsi Opolskiej we współpracy z Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym Niemców na Śląsku Opolskim oraz Konsulatem Generalnym Niemiec we Wrocławiu.

    Ślůnsko godka to już język?
    Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2008.06.30, Śląsko godka to tylko gwara czy już język?
    - Nieuznawanie śląskiego za język to decyzja polityczna. Ta konferencja jednak pokazuje, że wola 60 tys. osób, które zadeklarowały, że w domu posługują się śląskim, nie może być zignorowana - mówił dr Tomasz Kamusella z Uniwersytetu Opolskiego. Na poniedziałkowej sesji o języku śląskim debatowali w Katowicach językoznawcy, parlamentarzyści i samorządowcy.
    Konferencja w sali Sejmu Śląskiego Śląsko godka - jeszcze gwara czy jednak już język? zaczęło się od złożenia rezolucji na ręce Krystyny Bochenek, wicemarszałek Senatu oraz Zygmunta Łukaszczyka, wojewody śląskiego, pod których patronatem impreza się odbyła. Towarzystwo Kultywowania i Promowania Śląskiej Mowy Pro Loquela Silesiana zaapelowało o uznanie śląskiego za język regionalny. - Dysponujemy sześcioma ekspertyzami naukowymi, które o tym świadczą - przekonywał Rafał Adamus, prezes towarzystwa.
    Wśród zebranych ekspertyz znajdowała się także przygotowana przez dr Jolantę Tambor z Uniwersytetu Śląskiego: - Śląszczyzna jeszcze językiem nie jest, ale może się nim stać. Najważniejsze jest zebranie, skodyfikowanie godki. Sprawa jest trudna ze względu na jej różnorodność w terenie. Bo co będzie ważniejsze? Opolska gniotka czy szopienicka zmora? Jaki wybrać alfabet? Pisać poszczególne litery, całe wyrazy? Strzimać przez rz? Ajtopf czy antopf? - pytała w trakcie wczorajszego wystąpienia dr Tambor. (...)
    Największe brawa otrzymał dr Kamusella, który stwierdził, że nieuznawanie śląskiego za język to decyzja polityczna. - Ustawodawca uznał za odrębny np. język romski, choć nie zawiera on jakiejkolwiek standaryzacji. Uznał też tatarski, choć na terytorium RP język ten nie był używany od 300 lat. Dlaczego więc nie śląski? - pytał Kamusella.
    Dr Artur Czesak z Uniwersytetu Jagiellońskiego z kolei podkreślał, że nadszedł czas obalenia śląskich mitów. - Tych straszących separatyzmem i tych, które mówią, że literatura po śląsku to opowieści spod hasioka! Już teraz widać półki zapełnione śląskimi dziełami: liryki ks. Kałuży, eseje Zbigniewa Kadłubka czy proza Alojzego Lyski to tylko niektóre przykłady. Koniec mitu, że śląski to niemiecki z polskimi końcówkami! I wszystko przy udziale tych, no, jak im tam, g... goroli - zażartował Czesak.
    Wystąpieniom przysłuchiwał się prof. Walery Pisarek z Rady Języka Polskiego. - Często zwolennicy śląskiego jako języka powołują się na przykład kaszubski. Tam jednak było inaczej: u Kaszubów doszło do polonizacji języka połabskiego. Tu, na Śląsku, język jest jak korzeń, nierozerwalnie związany z drzewem jakim są ludzie nim się posługujący. Wiem na pewno, że godkę trzeba zapisać. A właściwie godki, bo jest ich wiele. Osobiście uważam, że wtopienie wszystkich gwar śląskich w jedną, byłoby błędem - mówi profesor. Jego zdaniem, samo spisanie godek to proces długotrwały. - To już nie czasy Gierka, który dałby pieniądze i zarządził: ma być gotowe za pięć lat. Warunki są inne - podkreślał prof. Pisarek.
    Przedstawiciele Pro Loquela Silesiana uważają z kolei, że gdyby śląski został uznany za język, ze spisaniem go i kodyfikacją nie byłoby problemu. - Płacono by z budżetu. Tak działo się w hiszpańskiej Asturii z językiem asturyjskim. Prace nad jego kodyfikacją trwają już od 30 lat. U nas mogłoby być podobnie - uważa Adamus.

    Związek Górnośląski skręca w prawo?
    Gazeta Opolska, Marek Świercz 2008.06.27 Nie chcą, by św. Anna była górą pojednania
    Związek Górnośląski wspierany przez Stronnictwo Obywatelskie jest przeciw zmianie formuły obchodów rocznic wybuchu III Powstania Śląskiego, które odbywają się na Górze św. Anny. Przypomnijmy, że wojewoda Ryszard Wilczyński chce je zmienić tak, by wyeliminować ekstremistów (choćby działaczy ONR wznoszących hitlerowski salut) i zachęcić do udziału członków mniejszości niemieckiej. Jego zdaniem, Góra św. Anny powinna być górą pojednania i symbolem trudnego dialogu polsko-niemieckiego.
    - Uważamy, że Góra św. Anny jest miejscem pamięci, a nie górą pojednania - twierdzą Alicja Nabzdyk-Kaczmarek ze Związku Górnośląskiego i Stanisław Skakuj ze Stronnictwa Obywatelskiego.
    W piśmie do wojewody apelują o to, by majowe uroczystości nie straciły charakteru święta państwowego. Powinno to wynikać nie z medialnych dyskusji, lecz z polskiej racji stanu, którą w terenie reprezentuje osoba Wojewody - piszą do Wilczyńskiego. Dodają, że chcą wziąć udział w debacie na temat formuły obchodów. (...)

    Co po remoncie raciborskiego zamku?
    Nowiny Raciborskie, Grzegorz Wawoczny, 2008.06.24, Co po remoncie zamku?
    Rozpoczęty właśnie remont zamku to jedno, a znalezienie dobrej formuły na jego funkcjonowanie po zakończeniu prac to drugie. Konkretnego pomysłu na razie nie ma.
    Starosta Adam Hajduk, który 17 czerwca oficjalnie przekazał szefowi firmy Borbud klucze na zamek, nie kryje, że kwestia wykorzystania odnowionej siedziby piastowskiej jest nadal otwarta. Starostwo zdobyło 20 mln zł unijnej dotacji na przekształcenie zabytkowej budowli w Ponadgraniczne Centrum Dziedzictwa Kulturowego. Nie wiadomo jednak, co dokładnie będzie się kryło pod tym szyldem. Mowa m.in. o warsztatach dla studentów Instytutu Sztuki raciborskiej PWSZ, salach dla Młodzieżowego Domu Kultury, restauracji i pubie, sklepiku z pamiątkami i dziedzińcu na organizowanie imprez plenerowych. Całością ma zarządzać odrębna jednostka powiatu.
    Wykorzystanie zamku budzi tymczasem emocje, częściowo okazane już, 17 czerwca, na uroczystym rozpoczęciu odbudowy, przez rektora PWSZ, który usytuowałby tu także Instytut Kultury Fizycznej. Gospodarzem obiektu i inwestorem jest powiat, ale i miasto, ze znacznie większymi od starostwa możliwościami finansowymi, widziałoby możliwość uczestniczenia w jakimś - nazwijmy to - zamkowym przedsięwzięciu. Jakim? Tego nie wiadomo, choć od dawna planowana jest poważna dyskusja; w tym temacie. Wiadomo też, że 20 mln zł, które już zdobyło starostwo z UE (kolejne 3,6 mln zł powiat musi dać z własnego budżetu) to za mało, by zamek całkowicie odzyskał blask. Wedle wstępnych szacunków potrzeba łącznie około 70 mln zł (bez wyposażenia), z których część mogłaby co prawda wysupłać magistracka kasa, ale, jak zastrzega prezydent Mirosław Lenk, w zamian za wpływ na sposób wykorzystania zamku.
    Kolejna niewiadoma to kaplica zamkowa, najładniejsza tego typu budowla gotycka w Polsce. W latach 80., kiedy komuniści podpisywali z Kościołem porozumienie o odbudowie zamku, zakładano, że zostanie przywrócona jej sakralna funkcja. Dziś żadnych ustaleń nie ma, a unijna dotacja obejmuje tylko remont budynku bramnego, domu książęcego i dziedzińca. Nie ma nadal pieniędzy na słodownię. W latach 90. kamieniarkę i elewację zewnętrzną kaplicy odnowiono na koszt miasta. Obecnie nie wiadomo, skąd wziąć pieniądze na jej wnętrze i komu, bądź na co przekazać obiekt.
    Bez wątpienia obecne władze powiatu uczyniły wielki krok do przodu. O odbudowie zamku przestało się tylko mówić. W PRL-u im więcej gadano, tym szybciej zabytek popadał w ruinę. Zaczęła się wreszcie robota. Jest też sporo czasu, by znaleźć odpowiednią rozsądną formułę na wykorzystanie zabytku. Widać, że nie będzie to proste, choćby z tego powodu, że umieszczając na zamku jakąkolwiek instytucję trzeba od razu odpowiedzieć sobie na pytanie, kto będzie płacił za bieżące utrzymanie i to niemałe pieniądze. No i rzecz najważniejsza. Wszyscy są zgodni, że zamek ma być symbolem Raciborza i ściągać turystów. Zanim ktokolwiek tu przyjedzie, musi mieć jednak gwarancję, że cokolwiek ciekawego zobaczy.
    Przedsięwzięcie będzie realizowane w okresie od czerwca 2008 r. do końca 2010 r. (...). Wszystkie budynki będą dostosowane dla potrzeb osób niepełnosprawnych.

    Sąd: Zomowcy zabili górników i poniosą karę
    Dziennik Zachodni, Teresa Semik 2008.06.25
    Sąd Apelacyjny w Katowicach. Podczas wczorajszej rozprawy związkowiec z Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność ze zdjęciami dziewięciu zabitych przed 27 laty kolegów.
    Zomowcy z plutonu specjalnego pacyfikującego kopalnie Wujek i Manifest Lipcowy w 1981 r. są winni śmierci górników i pójdą do więzienia. Tak zdecydował wczoraj katowicki sąd apelacyjny.
    Rok 1981. Jeden z rannych pod kopalnia górników
    Wyrok przesądza o odpowiedzialności Skarbu Państwa za śmierć i postrzelenie górników. Pokrzywdzeni i ich spadkobiercy będą dochodzić odszkodowań.
    - Po piętnastu latach kończy się proces w sprawie tragicznych wydarzeń w obu śląskich kopalniach w pierwszych dniach stanu wojennego - mówił sędzia Waldemar Szmidt, przewodniczący składu orzekającego. - Należy powiedzieć: gloria victis - chwała zwyciężonym, bo polegli w słusznej sprawie, kara zaś dla tych, którzy dopuścili się przestępstwa.
    Gdy sędzia skończył uzasadnienie decyzji, na miejscach dla publiczności rozległy się brawa. Tak było również w maju ub. roku, kiedy w trzecim procesie, sąd po raz pierwszy wydał wyrok skazujący.
    - Mimo upływu lat, zacierania śladów i matactw można dziś powiedzieć, że oskarżeni dopuścili się przestępstw i poniosą karę - stwierdził sędzia Szmidt.
    Nie tylko utrzymał w mocy wyrok sądu pierwszej instancji, ale szeregowym funkcjonariuszom podwyższył kary z 5 do 7 lat pozbawienia wolności. Jednak na mocy amnestii trzeba obniżyć te wyroki do 3,5 roku. Nie wszystkie okoliczności użycia broni palnej przeciwko strajkującym załogom udało się wyjaśnić. Pewne jest tylko to, że funkcjonariusze plutonu specjalnego działali wspólnie. Sąd przyjął, że w kopalni Wujek broni użyli wszyscy oskarżeni (14), choć nikt nie widział w czasie akcji tak dużej grupy strzelających.
    - Jedni więc ponoszą karę za milczenie i osłanianie kolegów. Ci zaś, którzy zabili, do końca życia pozostaną ze świadomością nie w pełni ukaranej zbrodni - dodał sędzia Szmidt.
    Ogłoszenie wyroku wywołało zróżnicowane opinie osób, które go wysłuchały.
    - Nie chcę, by winni do końca życia siedzieli w więzieniu - mówiła Janina Stawisińska, matka zastrzelonego Janka. - Myślę, że ten wyrok jest sprawiedliwy. Wracam do domu spokojniejsza.
    Nie krył satysfakcji Stanisław Płatek, postrzelony w kopalni Wujek. - Nam zawsze chodziło przede wszystkim o to, by sąd wskazał winnych naszych nieszczęść - mówił. %07- Nie chcemy zemsty ani rewanżu.
    Pokrzywdzeni za najważniejsze uznali fakt wykazania winy specplutonu. Sąd powiedział jasno: nie mieli prawa strzelać do ludzi, nie było takiego zagrożenia. Opinie na temat wysokości kary mieli jednak odmienne.
    - Wyższe wyroki dostali w 1982 roku organizatorzy strajku w kopalni Wujek - przypomina Jan Ludwiczak, internowany w stanie wojennym szef zakładowej Solidarności.
    Czesław Kłosek, ranny w Manifeście Lipcowym (do dziś ma w kręgosłupie pocisk zomowców) mówi, że trudno nie pytać, dlaczego oskarżeni nie odpowiadają za zbrodnię, skoro zginęli ludzie. Sędzia Szmidt wyjaśniał, że na tym polega siła, a nie słabość państwa prawa - wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonych, sąd wydaje wyrok jedynie na podstawie niewątpliwych i obiektywnych dowodów.
    Nie był to sąd nad stanem wojennym - podkreślał sędzia. Dotyczył wyłącznie prawnej oceny zachowań kilkunastu byłych zomowców. - A gdzie w takim razie są ci, co skierowali do kopalni pluton specjalny, wyprowadzili wojsko i milicję na ulicę? - pytał Ludwiczak.
    Ofiary tej tragedii doczekały się satysfakcji moralnej, teraz mają pełne prawo oczekiwać satysfakcji finansowej.
    - Ten wyrok przesądza o odpowiedzialności Skarbu Państwa za śmierć i postrzelenie górników. Pokrzywdzeni mogą dochodzić odszkodowań. Pozostaje tylko kwestia ich wysokości - mówi mecenas Janusz Margasiński, pełnomocnik ofiar pacyfikacji kopalni Wujek i Manifest Lipcowy. (...)

    Beverly Hills na Górnym Śląsku?
    Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2008-06-24, W Zabrzu powstanie Beverly Hills?
    Konsorcjum zagranicznych firm, które w Azji Południowo-Wschodniej buduje całe miasta, chce zainwestować w Zabrzu. Na 200 ha planuje wybudować luksusową dzielnicę mieszkaniową z olbrzymim polem golfowym.
    Indonezyjska firma Ciputra wraz z firmą Premier Polska, wchodzącą w skład francuskiej Grupy Les Nouveaux Constructeurs, chce zbudować tu osiedle dla około 20 tys. mieszkańców. Choć raczej będzie to kawałek miasta. Bo oprócz 8 tys. mieszkań mają też powstać: centrum handlowo-usługowe, biurowce, szkoła, szpital, kluby fitness oraz centrum konferencyjne. Atrakcją ma być olbrzymie pole golfowe, które zajmie centrum nowej dzielnicy. Wokół niego zostaną rozlokowane najdroższe rezydencje. Im dalej od pola golfowego, tym wyższa będzie zabudowa i tańsze mieszkania, ale i tak nie na każdą kieszeń. Bo konsorcjum firm zajmuje się wyłącznie tworzeniem luksusowych dzielnic.
    Niedawno odbyła się prezentacja projektu, która spodobała się zabrzańskim radnym. Ci dali już zgodę na utworzenie specjalnej spółki komunalnej, która będzie współpracować z deweloperami. - My damy grunty, oni kapitał. Sami nie damy rady nawet uzbroić tak dużego obszaru. Więc to nasz partner wybuduje drogi i sieci, potem sukcesywnie będzie umarzać ten majątek na rzecz gminy - tłumaczy Kurbiel.
    Budowa może zacząć się najwcześniej w 2010 r. Wcześniej miasto musi zmienić studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego i uchwalić plan miejscowy dla tego obszaru, by dopuścić budowę domów na dawnych terenach rolniczych.
    W pobliżu inwestycji powstanie zjazd z przyszłej autostrady A1, jest więc szansa, że rezydencjami w Zabrzu zainteresują się nawet osoby spoza regionu. - Niektórzy kupują drugi dom nad morzem, inni w górach. Myślę, że znajdą się tacy zamożni ludzie, którzy będą chcieli mieć dom przy najlepszym polu golfowym w kraju. Bo indonezyjska firma ma doświadczenie w ich budowach - zapewnia Kurbiel.
    Wiceprezydent jest pewny, że projekt doczeka się realizacji. - To bardzo wiarygodni partnerzy. Strona francuska działa na rynku europejskim od 1972 r. i jest notowana na giełdzie paryskiej. Indonezyjska firma ma natomiast za sobą znacznie większe inwestycje - mówi Kurbiel. Obie firmy działają ze sobą od wielu lat, ale to zabrzańska inwestycja może być ich pierwszą w Europie. (...)
    Niestety, wszystkie nowe miasta Ciputry, niezależnie od lokalizacji, są do siebie podobne. Składają się z rezydencji wybudowanych z przepychem, które przypominają domy gwiazd filmowych z Beverly Hills. Centra tych megaosiedli wyglądają równie bajkowo ze szklanymi biurowcami, kolorowymi kamieniczkami, ulice zdobią fontanny, kolumnady i pompatyczne rzeźby. Czy taka dzielnica, wycięta niczym z telenoweli Moda na sukces, będzie współgrać z poprzemysłowym krajobrazem Zabrza?

    Tablice dwujęzyczne stawiajcie bez obaw
    Gazeta Wyborcza, Joanna Pszon 2008.06.22
    W Radłowie koło Olesna mają stanąć pierwsze w Polsce dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości. Polski wójt i jego mieszkańcy, głównie z mniejszości niemieckiej, martwią się, czy to nie ściągnie najazdu narodowców.
    Wójt Włodzimierz Kierat, jak tylko trzy lata temu weszła w życie ustawa o mniejszościach narodowych i etnicznych, spotkał się z sekretarz gminy i zaczął się zastanawiać, jak ją wcielić w życie. W Radłowie 80 proc. ludzi to Ślązacy, z których ponad 20 proc. w spisie powszechnym zdeklarowało, że czuje się Niemcami. - Spełnialiśmy wszystkie wymogi, by wprowadzać tablice dwujęzyczne, więc nie było co czekać, by nikt nie pomyślał, że wójt Polak nie szanuje praw mniejszości - opowiada Kierat.
    Nigdy wójtowi nie przyszło do głowy pytanie - komu to potrzebne? Jest szczerze przekonany, iż nie należy wstydzić się historii swej ziemi. Podkreśla, że wiele w kwestii budowania dialogu w gminie zawdzięcza lokalnemu działaczowi MN Bernardowi Kusowi, który - jak podkreśla wójt - językiem porozumienia i tolerancji pokazuje dzieje tych ziem. - M.in. pisze dzienniki w języku niemieckim - mówi Kierat, dodając, że postawa Kusa jest przez i ludzi bardzo doceniana.
    Okazało się, że tak jak wójt myślą też mieszkańcy. Najpierw rada gminy przyjęła uchwałę, a potem odbyły się konsultacje społeczne, które potwierdziły, że ludzie są za dwujęzycznymi tablicami. Kierat jako pierwszy w Polsce zgłosił do MSWiA wniosek, że chce wprowadzić na swym terenie takie tablice. - Wtedy zaczęły się żmudne, ciągnące się przez trzy lata procedury - opowiada sekretarz gminy Grażyna Pilśniak, która w tej chwili jest specjalistką od realizacji ustawy, a jej telefon wciąż się urywa, bo dzwonią do niej z różnymi pytaniami urzędnicy z całego kraju. Trzeba było ustalić z MSWiA nazwy wszystkich miejscowości w gminie, wpisać je w odpowiednie rejestry, w końcu podpisać z rządem porozumienie na sfinansowaniu tablic. Teraz zostało już tylko ogłoszenie przetargu na ich wykonanie i montaż.
    Wójt Kierat mówi, że tablice może postawić we wrześniu. Szybciej się nie da, mimo że Ślązacy z Radłowa czują na plecach oddech spieszących się Kaszubów, którzy chcieliby je mieć u siebie już w sezonie turystycznym, uważając je za dodatkową atrakcję.
    - Nie to co u nas. Tu, obawiam się, będzie to raczej polityka - wyznaje wójt. Opowiada, że kiedy dotarło do mieszkańców, że będą pierwsi w kraju z tymi tablicami po polsku i po niemiecku, że media się tym bardzo interesują, w tym także zagraniczne, zaczęli obawiać się reakcji przeciwników. Boją się, że nacjonaliści zechcą je niszczyć, pisać na nich obraźliwe słowa. A wiadomo - Ślązacy najbardziej cenią sobie spokój i porządek.
    Kierat zastanawia się więc, czy może bez rozgłosu postawić tablice, by mu się tu nie zjeżdżali narodowcy skandujący Śląsk Opolski zawsze polski.
    W planach jest szykowana konferencja naukowa z udziałem wszystkich mniejszości w kraju. W jej przygotowaniu pomaga poseł MN Ryszard Galla. - Pokażmy wszystkim, że to coś naprawdę wartościowego, co buduje więzi, buduje jedność - zaznacza. - Oczywiście, że ktoś może chcieć wyrazić inne zdanie, ale ja tego bym się nie obawiał. Naprawdę chcemy, aby ten standard wszedł w życie jak najbardziej łagodnie, aby nikt nie czuł się tym w jakkolwiek sposób urażony - dodaje poseł.
    Wójt oczywiście, mimo rozterek jego mieszkańców, nie zamierza rezygnować. - Musimy przez to przejść i tyle - uśmiecha się. Tym, co mu przypominają, że będą o nich teraz mówić jak o Niemczech w środku Polski przypomina: - Ja realizuję ustawę uchwaloną przez polski parlament i podpisaną przez polskiego prezydenta.
    Stanie tam ponad 60 tablic przy wjazdach i wyjazdach (tylko przy drogach asfaltowych). Mają być zielone z białymi napisami. Tą samą czcionką u góry będzie nazwa w języku polskim, zaś pod spodem w języku niemieckim. Każda z tablic z montażem ma kosztować około tysiąca złotych. (...)

    Śląski wśród języków świata
    Dziennik Zachodni, kub 2008.06.20
    Językiem domowym ponad 56 tysięcy mieszkańców naszego województwa jest śląski. Pierwsza, więc o wymiarze historycznym, konferencja poświęcona przyszłości języka śląskiego odbędzie się już 30 czerwca, w sali Sejmu Śląskiego.
    Zaproszeni na obrady przedstawiciele Stowarzyszenia Pro Loquela Silesiana, kultywującego i promującego śląską mowę, chcą powołania komisji, która ustali zasady pisowni w języku śląskim. - Szukamy ekspertów, którzy wezmą udział w pracach komisji, zbieramy też ekspertyzy dotyczące możliwości uznania śląskiego za język regionalny - mówi Rafał Adamus ze stowarzyszenia.
    - Mam nadzieję, że ponad istniejącymi podziałami politycznymi i językowymi dojdziemy do porozumienia, a język śląski zostanie wpisany do ustawy jako regionalny - przekonuje Krystyna Bochenek wicemarszałek Senatu.
    - Warunkiem ustawowego uznania języka jest standaryzacja jego pisowni - dodaje prof. Jolanta Tambor, językoznawca z Uniwersytetu Śląskiego. Stąd pomysł powołania komisji złożonej z ekspertów i użytkowników śląskiej godki.
    Kaszubi, których język został uznany za regionalny mają swoją gramatykę oraz elementarz. Także na Śląsku musi powstać elementarz, czyli ślabikorz. - Zwrócę się do marszałka śląskiego o przeznaczenie środków na kodyfikację - mówi poseł Lucjan Karasiewicz, który już w minionej kadencji Sejmu z grupą 23 parlamentarzystów wystąpił z inicjatywą uznania śląskiego za język.
    W zeszłym tygodniu Sąd Rejonowy w Opolu zarejestrował stowarzyszenie o nazwie Tôwarzistwo Piastowaniô Ślónskij Môwy Danga tj. Tęcza, z siedzibą w Cisku. W województwie śląskim od stycznia 2008 roku działa Pro Loquela Silesiana - ferajn do pjastowańo a průmowańo ślůnskij godki, czyli stowarzyszenie kultywujące mowę śląską. To tylko dwie ostatnio powołane organizacje, które chcą ocalić język śląski od zapomnienia. O dziwo, chcą go pielęgnować coraz młodsze osoby.
    Wśród młodzieży istnieje moda przesyłania esemesów po śląsku, rekordy popularności bije Radio Piekary, którego spikerzy godają, a w internecie ujawnili się Łowcy Felerów, dbający o czystość śląskiego języka i wyłapujący wszystkie błędy, jakie pojawiły się w mediach.
    Jeszcze niedawno w jednej z gmin na Śląsku Cieszyńskim osoby, pretendujące do urzędniczych stanowisk, musiały wykazać się znajomością gwary. Na szczęście pomysł zarzucono, bo posługiwanie się gwarą nie może być miernikiem profesjonalizmu.
    Wszystkie te fakty świadczą jednak o jednym - mowa śląska przeżywa swój renesans. Stała się naszym dobrem regionalnym, ale dobrem, z którego nie potrafimy skorzystać, bo gwara wciąż nie jest uznana za język.
    - A to umożliwiłoby między innymi wsparcie finansowe z kasy państwa regionalnych ścieżek edukacyjnych, czyli lekcji o śląskiej kulturze - mówi Rafał Adamus Pro Loquela Silesiana.
    30 czerwca w Sali Sejmu Śląskiego powinno dojść do przełomowych decyzji i powołania komisji, składającej się ekspertów oraz użytkowników języka, którzy ustalą jego jednolitą gramatykę oraz ortografię.
    Sprawa nie jest prosta. Przede wszystkim dlatego, że ma podtekst polityczny. Przeciwnicy standaryzacji języka śląskiego podnoszą fakt, że motorem kodyfikacji jest Ruch Autonomii Śląska oraz walczący od 12 lat o rejestrację Związek Ludności Narodowości Śląskiej. Obu organizacjom przypisywane są ciągoty separatystyczne.
    - Od uznania języka do uznania narodowości droga będzie otwarta. Dla mnie śląski, obecny w mojej rodzinie od pokoleń, to jeden z dialektów języka polskiego - ocenia Piotr Spyra, prezes Ruchu Polski Śląsk.
    Warto dodać, że Słowacy uznają Ślązaków za mniejszość narodową, zaś we wspomnianym spisie powszechnym narodowość śląską w województwie śląskim zadeklarowały 173 tysiące mieszkańców.
    To dzięki inicjatywie RAŚ oraz ZLNŚ 18 lipca 2007 roku językowi śląskiemu został nadany kod międzynarodowy przez ISO 639 Joint Advisory Committee, czyli Wspólny Komitet Doradczy ISO 639. Współtworzą go m.in. Międzynarodowe Centrum Informacyjne w Zakresie Terminologii w Wiedniu, założone przez Unesco w 1971 roku, oraz Biblioteka Kongresu w Waszyngtonie. Właśnie ta największa i najbardziej prestiżowa instytucja tego typu na świecie wpisała język śląski do swojego rejestru języków świata!
    - Odrzućmy politykę. Na konferencyjne spotkanie zapraszamy wszystkich, których interesują sprawy Śląska i języka, jakim posługują się mieszkańcy Śląska. Tych, którzy badają mowę śląską, tych, którzy piszą po śląsku i propagują śląsko godka, tych, którzy mówią po śląsku, kierzy godają, tych, którzy chcieliby godać, tych, którym istnienie, rozwój, dobra kondycja śląskij godki leży na sercu - apeluje prof. Jolanta Tambor jedna z organizatorek spotkania.
    Gwara brzmi obraźliwie
    Na język śląski, jak na inne języki, składają się narzecza i dialekty. Różnice między językiem polskim i językiem śląskim są większe niż między językiem polskim, a słowackim. Używanie określenia gwara dla języka śląskiego jest nietrafione, a także obraźliwe.
    Gwara nie jest nazwą własną języka śląskiego, pochodzi raczej od gwarnego mówienia, bo użytkownicy śląskiego mówią gwarnie z dużym szumem. Przed II wojną światową używano na język śląski określeń: narzecze lub dialekt śląski.
    W latach 50-tych XX w. zapanowało określenie gwara, którego używali nauczyciele wobec uczniów mówiących po śląsku. Z powodu używania języka śląskiego obniżano oceny, utrudniano użytkownikom śląskiego zajmowania stanowisk. Form szykan było dużo. Do dziś żyje wielu tych, którzy zaznali przykrości i upokorzeń z powodu użytkowania śląskiego określanego jako gwara.
    Parlamentarzyści pomogą?
    Zwróciliśmy się z prośbą do śląskich parlamentarzystów o podjęcie inicjatywy ustawodawczej zmierzającej do ustawowego nadania śląskiej mowie statusu języka regionalnego.
    Na nasz apel odpowiedział m.in. poseł Lucjan Karasiewicz z Koszęcina, który poprosił o zebranie ekspertyz naukowych. Przygotowali je dla nas specjaliści z różnych dyscyplin (socjolingwistyka, językoznawstwo, socjologia, filozofia). Wynika z nich jasno, że z naukowego punktu widzenia nie ma żadnych przeszkód w uznaniu języka śląskiego językiem regionalnym. Moje stowarzyszenie Pro Loquela Silesiana postuluje standaryzację języka śląskiego w oparciu o 3 główne grupy jego dialektów: północno-zachodnią (opolską), południową (cieszyńską) oraz centralną (rybnicko-gliwicką). Pozwoli to na zachowanie bogactwa jego regionalnych odmian. (...)

    Reprezentacja Śląska na Euro
    Gazeta Wyborcza, Paweł Czado 2008.06.13
    Podczas mistrzostw Europy biegają w reprezentacjach trzech państw, zdążyli już w Austrii i Szwajcarii zdobyć parę goli. Czy połączona kadra piłkarzy ze Śląska mogłaby stać się czarnym koniem turnieju?
    Chciałoby się zmontować na Euro reprezentację samego Górnego Śląska, ale dziś to po prostu niemożliwe. Nie ma tylu chłopa. To nie rok choćby 1938, kiedy 15-osobowej kadrze biało-czerwonych na mistrzostwa świata we Francji znalazło się 10 Górnoślązaków. Siedmiu z nich wyszło wtedy na mecz z Brazylią w podstawowym składzie, a jeden strzelił magikom z Copacabany cztery gole.
    Dziś w reprezentacji Polski na Euro gra tylko jeden Górnoślązak, do tego powołany w ostatniej chwili. Musieliśmy wzmocnić kadrę piłkarzami z Czech i Niemiec. Kryterium powołania do tej kadry było proste: miejsce urodzenia (w historycznych granicach Śląska) i - tam, gdzie się dało - pierwszy klub w karierze. Efekt? Myślę, że o miejsce w ósemce ten zespół mógłby zawalczyć, choć przyznać trzeba, że z przodu Silesia Team A.D. 2008 jest jednak znacznie mocniejszy niż z tyłu
    BRAMKARZ
    Daniel Zitka
    32 lata. Reprezentant Czech. Urodzony w Havirzowie (Śląsk Cieszyński). Pierwszy klub: FK Havirzow. Obecny klub: Anderlecht Bruksela. Solidny fachowiec. Nie schodzi poniżej pewnego poziomu, choć na Euro raczej go nie ujrzymy; Petr Czech jest poza konkurencją. Zitka od ośmiu lat gra w Belgii - wybił się w Lokeren i w 2002 roku odszedł do Anderlechtu za pół miliona euro. (...) W reprezentacji Czech gra dopiero od 2007 roku. Gdyby Daniel Zitka odniósł kontuzję, trzeba by prosić o wstawiennictwo małżonkę Juergena Macho, rezerwowego bramkarza Austrii, byłego zawodnika Chelsea. Ponoć jest Ślązaczką.
    OBROŃCY
    Zaledwie tercet, ale nie ma ich więcej - to słabość wynikająca z braku rezerw. Plusem jest dobra współpraca - wszyscy trzej defensorzy doskonale się znają, mówią tym samym językiem.
    Zdenik Pospich
    30 lat. Reprezentant Czech. Urodzony w Opawie. Pierwszy klub: SFC Opawa obecny klub: FC Kopenhaga. Oglądałem go w lidze czeskiej w sezonie 2003/04, kiedy z Banikiem Ostrawa zdobył mistrzostwo Czech (...). Na początku tego roku za niecałe dwa miliony euro przeniósł się do FC Kopenhaga, gdzie gra z innym czeskim Ślązakiem, zresztą członkiem tego zespołu - Liborem Sionko. Na Euro rezerwowy.
    Tomáš Ujfaluši
    30 lat. Reprezentant Czech. Urodzony w Rymarovie koło Bruntalu. Pierwszy klub: Jiskra Rymarov. Obecny klub: Fiorentina Florencja. Wielka gwiazda czeskiej defensywy. Filar reprezentacji od 2001 roku. Wybił się w Sigmie Ołomuniec, europejską klasę osiągnął w Hamburger SV (...). Zaangażowany w akcje charytatywne, pomaga w rozwoju futbolu w Afryce. Na Euro podstawowy zawodnik.
    Marek Jankulovski
    31 lat. Reprezentant Czech. Urodzony w Ostrawie. Pierwszy klub: Banik Ostrawa. Obecny klub: AC Milan. Syn Czeszki i Macedończyka, który przyjechał do Ostrawy za chlebem, stąd charakterystycznie brzmiące nazwisko. Z całej śląskiej czeredki zrobił największą karierę. Po włoskich boiskach biega od ośmiu lat, w coraz lepszych klubach: od Neapolu, przez Udinese po Mediolan. AC Milan kupił go za 8 milionów euro. Jankulovski się sprawdził, więc ma w kolekcji zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Na Euro podstawowy zawodnik
    POMOCNICY
    Na skrzydłach ustawiliśmy nominalnych napastników, ale tak się akurat zdarzyło, że w pierwszych meczach na Euro zagrali na właśnie jako boczni napastnicy.
    Łukasz Piszczek
    23 lata. Reprezentant Polski. Urodzony w Czechowicach-Dziedzicach. Jak mówi ojciec, miał urodzić się w Pszczynie, ale zabrakło miejsca w szpitalu. Pierwszy klub: LZS Goczałkowice. Obecny klub: Hertha Berlin. Jego pierwszym trenerem w klubiku z rodzinnego miasteczka był ojciec Kazimierz, dziś wiceprezes LKS-u. Goczałkowice. Łukasz jako 16-latek przeniósł się do słynącego z pracy z młodzieżą Gwarka Zabrze, z którym zdobył mistrzostwo Polski juniorów. Szybko rozeszła się fama o zdolnym, bramkostrzelnym juniorku, śląskich klubów nie było na niego stać. Kupiła go Hertha Berlin i natychmiast wypożyczyła do Zagłębia Lubin. W ekstraklasie debiutował jako 19-latek. W 2007 roku został z Zagłębiem mistrzem Polski. (...)
    Libor Sionko
    31 lat. Reprezentant Czech. Urodzony w Ostrawie. Pierwszy klub: Banik Ostrawa. Obecny klub: FC Kopenhaga. Dość nieoczekiwanie podstawowy zawodnik obecnej kadry Karela Brucknera. Nieoczekiwanie, bo w reprezentacji gra już od 1999 roku, ale z powodu mnogości czeskich talentów trudno było mu się przebić. Na ostatnie mistrzostwa świata pojechał w ostatniej chwili, tak jak Piszczek, zastępując kontuzjowanego Vladimira Smicera. Globtroter; grał w Austrii (Grazer AK, Austria Wiedeń), Szkocji (Glasgow Rangers) i Danii (FC Kopenhaga do dziś)
    Tomáš Galásek
    35 lat. Reprezentant Czech. Urodzony w Ostrawie. Pierwszy klub: Banik Ostrawa. Obecny klub: 1. FC Nuernberg. W reprezentacji Czech od 13 lat, jeden z symboli świetnej generacji. 10 lat spędził w Holandii (Willem II Tilburg, Ajax Amsterdam), z Ajaksem dwa razy świętował mistrzostwo Holandii. Defensywny pomocnik. Jego sposób gry można przyrównać do gazu - niewidoczny, a paraliżuje. Na ostatnich mistrzostwach świata był kapitanem czeskiej drużyny. Na Euro podstawowy zawodnik.
    Michael Ballack
    32 lata. Reprezentant Niemiec. Urodzony w Görlitz, największym dolnośląskim mieście w Niemczech. W tym miejscu musimy trochę nagiąć kryteria powołania, bo... zdekompletowałby się nam skład. Ballack zaczynał karierę jako dziewięciolatek w szkółce BSG Motor Fritz Heckert w saksońskim Karl-Marx-Stadt (dziś Chemnitz). Obecny klub: Chelsea Londyn. Jeden z najwybitniejszych obecnie pomocników świata. Supergwiazda Chelsea, kapitan reprezentacji Niemiec. Wcześniej był najlepszym zawodnikiem Bayeru Leverkusen i Bayernu Monachium. (...)
    Lukas (Łukasz) Podolski
    23 lata. Reprezentant Niemiec. Urodzony w Gliwicach. Pierwszy klub: FC 07 Bergheim. Obecny klub: Bayern Monachium. W przeciwieństwie do poprzednika, Górnoślązak z krwi i kości (...). Wielki talent, cała kariera przed nim, choć na światowym topie jest już od 18. roku życia. Wybił się w 1. FC Koeln. W reprezentacji Niemiec zadebiutował w 2004 roku i zdążył dla niej strzelić aż 27 bramek! Wybrany najlepszym piłkarzem młodego pokolenia na ostatnim mundialu. (...)
    NAPASTNICY
    Siła rażenia jest duża. I skład jak należy: wysoki, doświadczony napastnik świetnie grający głową i współpracujący z nim szybki młody jeszcze drybler.
    Miroslav Klose
    30 lat. Reprezentant Niemiec urodzony w Opolu. Pierwszy klub: SG Blaubach-Diedelkopf. Obecny klub: Bayern Monachium. Podobny życiorys do Podolskiego. Opole opuścił jako dziewięciolatek i wyemigrował do Niemiec (...). Wybił się w 1. FC Kaiserslautern, potwierdził klasę w Werderze Brema i Bayernie Monachium, gdzie gra do dziś. Wicemistrz świata z 2002 roku, został wtedy królem strzelców imprezy. Mam dwie narodowości, ale jeśli o futbol jestem Niemcem - powiedział kiedyś.
    Václav Sverkoš
    25 lat. Reprezentant Czech. Urodzony w Trzyńcu. Pierwszy klub: FK VP Frydek-Mistek obecny klub: Banik Ostrawa. Aktualny król strzelców ligi czeskiej. Autor pierwszego gola na Euro 2008. Z dużym doświadczeniem międzynarodowym; grał już w Borussi Moenchengladbach, Hercie Berlin i Austrii Wiedeń. Nie do końca mu wyszło, odbudowuje pozycję w lidze czeskiej, zresztą z dobrym skutkiem. W sezonie 2007/08 został król strzelców Gambrinus Ligi. (...)

    Górnicze miasto pełne smutku
    Dziennik Zachodni, J.Bombor, T. Siemieniec, AMC, TOMS, AGA, 2008.06.08
    Flagi opuszczone do połowy masztów, przewieszone żałobnymi kirami, odwołane imprezy kulturalne, smutne twarze mieszkańców, którzy spontanicznie przychodzą pod kopalnię Borynia. Zapalają znicze, by uczcić pamięć czterech tragicznie zmarłych górników. W środę 938 metrów pod ziemią w wyniku wybuchu metanu zginęli: Andrzej Giziński, Grzegorz Fuchs, Krzysztof Antończyk i Andrzej Mączyński.
    Mieszkańcy Jastrzębia Zdroju są w żałobie. Przecież w tym mieście co druga rodzina utrzymuje się z pracy w górnictwie. Prawie połowa pracowników Boryni mieszka na Osiedlu 1000-lecia w dzielnicy Szeroka, które położone jest zaledwie kilometr od bramy kopalni. Również tu mieszkał z rodziną Andrzej Giziński.
    - Najpierw człowiek współczuje rodzinie, później zaczyna myśleć, że przecież to mogłem być ja - mówi Tadeusz Skorek, górnik z Boryni. - To małe osiedle, wszyscy się tutaj znamy i opłakujemy śmierć Andrzeja - dodaje mężczyzna. - Dla każdego to ogromny cios - mówi Sabina Worek.
    Jastrzębie już kilkakrotnie było doświadczane wielkimi tragediami w podziemiach kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej. - Można sądzić, że ludzie zdążyli się już przyzwyczaić. Ale to niemożliwe. Mąż wychodzi do roboty, daje buziaka żonie, dzieciom mówi do jutra, i już nigdy w życiu się nie spotykają. Ja sobie nawet nie potrafię tego wyobrazić - mówi Danuta Wyrobek. (...)
    Wczoraj w kopalni Borynia po raz kolejny zebrała się komisja, która ma zbadać przyczyny środowej tragedii. Nie zjechano na dół, choć w rejonie wybuchu stężenie tlenku węgla było minimalne, podobnie wskaźnik metanu w powietrzu był bezpieczny - wskazywał 0,7 procenta (niebezpieczeństwo zaczyna się od 2 proc.).
    - Jednak mając na uwadze fakt, że przed wybuchem urządzenia mierzące metan też nie wskazywały niczego niepokojącego, nie ma mowy, by komisja teraz zjechała na dół. Co kilka godzin pobieramy próbki powietrza, które trafiają do laboratorium w Głównym Instytucie Górnictwa. Tak będzie do poniedziałku, gdy spotkamy się ponownie. Jeżeli pomiary będą stabilne, na dół zjadą ratownicy. Myślę, że wizja lokalna z naszym udziałem odbędzie się najwcześniej we wtorek lub środę - wyjaśnia Zbigniew Schinohl, dyrektor Okręgowego Urzędu Górniczego, który wspólnie z innymi ekspertami górniczymi uczestniczy w pracach komisji badającej przyczyny wypadku. Do nich dołączyli naukowcy m.in. z Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechniki Śląskiej. W wizji lokalnej wezmą udział prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach, którzy wszczęli śledztwo w sprawie wypadku. - Sekcja zwłok ofiar została wykonana, lada dzień spodziewamy się wyników. W poniedziałek rozpoczynamy przesłuchania istotnych świadków - wyjaśnia prokurator Michał Szułczyński z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach, nie wdając się w szczegóły.
    Być może wizja lokalna pozwoli ustalić, co było przyczyną wybuchu. Bo skoro był, musiała być iskra, która go wywołała. Wstępnie wykluczono, by pochodziła od jakiegokolwiek urządzenia na dole. (...)
    Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, jak to się stało, że czujniki metanu nie zdążyły zanotować żadnego podwyższenia poziomu tego niebezpiecznego gazu. Jerzy Tomica, pełnomocnik dyrektora kopalni Borynia ds. systemów zarządzania, wyjaśnia, że czujniki to bardzo nowoczesne urządzenia, badające zawartość metanu systemem ciągłym, co cztery sekundy.
    - Wynik błyskawicznie trafia do komputera dyspozytora na powierzchni. Czujniki, które stosujemy, są nastawione o dwie dziesiąte procenta poniżej dozwolonej wartości, która wynosi 2 procent. Tylko tyle może być metanu w powietrzu. Gdy metan przekracza wartość 1,5 proc., dyspozytorowi zapala się na pulpicie żółta lampka ostrzegawcza. Gdy gaz przekroczy stężenie 1,8 proc., wyłączane jest napięcie w tym rejonie. Dyspozytor jest zobowiązany sprawdzić co się dzieje i zalecić usunięcie zagrożenia.
    W środę o godzinie 22.38 i na długo przed tą godziną, system nie wskazywał żadnych niepokojących wartości. Czujniki odnotowały dopiero sam zapłon i wybuch - wyjaśnia ekspert.
    Obecnie kopalnia Borynia fedruje na trzech ścianach, jedna jest w rozruchu. Cały rejon wypadku jest odseparowany od reszty kopalni - wszystkie wejścia obstawione, by nikt niepożądany nie mógł tam wejść. Miejsce jest monitorowane przez dyspozytora kopalni, a rozmowy telefoniczne z ratownikami pobierającymi próbki nagrywane.
    Kopalnia pracuje normalnie, jednak wielu pracowników w czwartek wzięło urlopy. W środę wolne miało 231 pracowników, a w czwartek o urlop poprosiło już 600 górników (w kopalni pracuje 3480 pracowników). - To normalne zjawisko po takiej tragedii - mówi Artur Wojtków, dyrektor ds. pracowniczych kopalni Borynia. - Do ludzi dociera, jaką niebezpieczną robotę wykonują i pewnie każdemu przeszło przez myśl, że mogło to spotkać właśnie jego. Muszą odreagować, uspokoić się - dodaje dyrektor. (...)

    Jest już Wikipedia po śląsku!
    Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2008.05.27
    Grupa zapaleńców postanowiła utworzyć śląską wersję najpopularniejszej internetowej encyklopedii. Wikipedyja we slunskij godce już działa i ma blisko sto haseł.
    Śląska wersja Wikipedii jest dostępna od poniedziałku pod adresem http://szl.wikipedia.org/. Internautów wita napis: To je Wikipedyjo we ślůnskij godce. Znajdziemy tu prawie sto artykułów po śląsku. Można przeczytać m.in. o tym, kim jest heksa, czym ancug i fusbal. Są też informacje o śląskich miastach i tłumaczenia z języka polskiego wielu innych haseł.
    Administratorem śląskiej wersji popularnej internetowej encyklopedii jest 38-letni katowiczanin Maciej Wójcik. Z wykształcenia jest mechanikiem urządzeń górniczych. Ima się dorywczo różnych zajęć, ale mimo to sporo czasu spędza przy komputerze, by pracować nad śląską Wikipedią.
    - Wikipedia powinna być dostępna we wszystkich językach, które istnieją na świecie. Skoro znam śląski, to czemu nie stworzyć też encyklopedii w tym języku? - mówi Wójcik i dodaje, że nie chodzi tu tylko o niego. Tworząc hasła w mowie śląskiej, dokłada swoją cegiełkę do jej przetrwania i spopularyzowania.
    Do tej pory Wójcik przygotował ponad sto haseł w gwarze, część z nich nie została jeszcze opublikowana. To kwestia dni. - Pozostałe piszą wolontariusze. Stale robi to mniej więcej dziesięć osób - dodaje.
    Największą trudnością w pracy nad encyklopedią jest używanie odpowiednich znaków. Jednak i z tym Wójcik sobie poradził. Ma specjalny program, dzięki któremu może użyć każdej potrzebnej czcionki.
    Paweł Zienowicz, rzecznik stowarzyszenia Wikimedia Polska, uważa, że twórcy śląskiej wersji encyklopedii sami też dzięki niej sporo zyskają.
    - Uczą się języka śląskiego i pomagają tym, którzy chcą na co dzień używać tej mowy. To nie jest tworzenie tylko dla idei. Ta wersja powstała z potrzeby używania języka, który wcale nie jest wymarły - mówi Zienowicz. (...)
    Jerzy Gorzelik, historyk sztuki i lider Ruchu Autonomii Śląska, podkreśla, że takie inicjatywy są bardzo cenne.
    - Toczą się spory, czym jest mowa śląska: gwarą, dialektem, odmianą polskiego czy może językiem. A tu zastosowano politykę faktów dokonanych. Jasno widać, że te dyskusje nie mają wpływu na rzeczywistość - mówi Gorzelik. Jego zdaniem to tylko zwiększa szanse na uznanie przez Sejm mowy śląskiej za język regionalny. Niedawno apelowali w tej sprawie do parlamentarzystów Towarzystwo Kultywowania i Promowania Mowy Śląskiej Pro Loquela Silesiana, Związek Górnośląski i RAŚ.
    Gorzelik cieszy się też, że coraz częściej młodzi ludzie starają się dbać o tradycje regionu. - Nie mają żadnych kompleksów śląskości i potrafią wykorzystać nowe media. Tylko się z tego cieszyć - komentuje Gorzelik.

    Turyści szturmują Nysę
    Gazeta Opolska, Marek Świercz 2008.05.24
    Więcej hoteli, więcej ośrodków wypoczynkowych i znacznie więcej turystów. Opolszczyzna przeżywa mały boom turystyczny. Tak wynika z analiz Urzędu Statystycznego w Opolu. Ilość turystów nocujących w regionie wzrosła między 2000 a 2007 roku o 210 tysięcy osób, czyli o całe 56 procent. Znamienne jednak, że niemal cały ten boom skonsumował powiat nyski - to on odwiedzany jest najczęściej. W 2007 roku rozrywek szukało tu ponad 260 tysięcy turystów, w tym prawie 5 tysięcy z zagranicy. - Zbieramy owoce konsekwentnej kampanii promocyjnej - mówi Mirosław Aranowicz, który od sześciu lat kieruje Nyskim Ośrodkiem Rekreacji.
    To on wpadł na pomysł, by promować zbiornik retencyjny w Głębinowie jako Nyską Riwierę. I choć początkowo zakrawało to na przesadę, dziś można mówić o tym, że Jezioro Nyskie odniosło ogromny sukces. - Co nam pomogło?- zastanawia się Aranowicz. - Założyliśmy stronę internetową w czterech językach: polskim, niemieckim, angielskim i czeskim. Reklamujemy się w branżowych pismach, choćby w Małopolsce, dzięki czemu mamy coraz więcej Krakusów. Nasze Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe robi szkolenia dla ratowników z całej Polski, a oni robią nam promocję w swoich regionach.
    Nyski zbiornik ma szereg atutów. W odróżnieniu od atakowanego przez glony Jeziora Turawskiego wciąż jest czysty. Można się tu kąpać i wędkować. Ekolodzy pielgrzymują do stanowisk czapli siwej, rybitwy i orła bielika. Zbiornik kusi też amatorów sportów wodnych: coraz więcej tu skuterów wodnych, łodzi motorowych a nawet małych jachtów.
    Atutem Nysy, w końcu zwanej Śląskim Rzymem, są też przepiękne zabytki, ale Aranowicz zwraca uwagę, że tradycyjne zwiedzanie zdecydowanie przegrywa z aktywnym wypoczynkiem. Liczy się pomysł: kolejnym nyskim hitem stają się historyczne widowiska z czasów wojen napoleońskich organizowane w odrestaurowanych fortach. (...)

    W Zabrzu turyści pobrudzą się węglem
    Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2008.05.22
    Wreszcie będzie można posmakować na czym polega praca górnika. Pod koniec roku w zabytkowej kopalni Guido zostanie uruchomiona kilometrowa trasa na poziomie 320.
    Po kilkuletnich staraniach kopalnia Guido w czerwcu zeszłego roku przyjęła turystów. Na początek otwarto dla nich płytsze wyrobisko na poziomie 170 metrów. Gospodarze reklamują zabrzańską kopalnię jako jedyną taką atrakcję w Europie, a podziemna wyprawa to namiastka prawdziwej kopalni.
    Żeby zjechać pod ziemię, każdy musi pobrać kask, lampę i aparat ucieczkowy. To tylko dmuchanie na zimne, bo jak zapewniają specjaliści, kopalnia jest całkowicie bezpieczna. Później tylko chwila w ciasnej metalowej klatce, która zjeżdża w dół z prędkością dwóch metrów na sekundę, i rozpoczyna się zwiedzanie podziemnego wyrobiska.
    Już teraz wiadomo, że otwarcie Guido było strzałem w dziesiątkę nie tylko dla Zabrza, ale dla całej górnośląskiej turystyki. Kopalnia szybko stała się koniem pociągowym śląskiego Szlaku Zabytków Techniki.
    - Do tej pory kopalnię Guido odwiedziło prawie 30 tys. osób. Biorąc pod uwagę techniczne ograniczenia, to ponad 80 proc. naszych możliwości. Szacujemy, że co dziesiąta osoba przyjechała z zagranicy, głównie z Niemiec, Francji i Belgii - informuje Tomasz Masoń, kierownik działu promocji kopalni Guido.
    Poziom 170 to muzealna część, gdzie można zobaczyć, jak pracowali górnicy w XIX wieku. Są tu wypchane konie, manekiny przebrane za górników, stare maszyny i podziemna kaplica. Zwiedzający mogą być jedynie zawiedzeni, że brakuje tutaj... węgla. Między szczelnie obudowanymi ścianami umyka atmosfera prawdziwej kopalni.
    - To się zmieni już od grudnia. Wtedy turyści będą mogli poczuć prawdziwy kopalniany klimat i trochę bardziej się ubrudzić - zapowiada Masoń.
    Do końca roku nie uda się co prawda otworzyć całej czterokilometrowej trasy na poziomie 320, ale turyści będą mogli zobaczyć jej część, tzw. małą pętlę. Atrakcją będą ściana węglowa, monumentalna komora Skarbnik (tu składowano węgiel, zanim wyjechał na górę) i wąskie przekopy. - Będzie ciemno i ciasno, tak że osoby o słabych nerwach mogą poczuć strach. Korytarze są o wiele bardziej zapylone, dlatego przy wyjściu zamontujemy automaty do czyszczenia butów - mówi Masoń.
    Na poziomie 320 już teraz działa sala bankietowa, która może pomieścić 120-140 osób. Komora nie jest jednak udostępniona dla zwykłych turystów. - Wynajmujemy ją na przyjęcia i bankiety. Niestety, na razie musimy odmówić osobom, które chcą wynająć stolik tylko dla dwóch osób. Podziemne imprezy cieszą się ogromnym powodzeniem i, co najważniejsze, są dużym zastrzykiem dla naszego budżetu - mówi Masoń.
    (...) Oprócz czterokilometrowej trasy w kopalni ma powstać strefa sztuki z podziemną salą kinowo-teatralną, kawiarnią, restauracją i kręgielnią. Gdyby unijne fundusze udało się zdobyć w tym roku, prace potrwają do końca 2010 roku.
    Najbliższe niezwykłe wydarzenie w kopalni Guido to Jazz Festiwal Muzyki Improwizowanej. To już 14. edycja tego festiwalu, lecz tym razem publiczność będzie mogła uczestniczyć w niecodziennym koncercie. 14 czerwca pierwszy raz w historii muzykę jazzową będzie można usłyszeć 320 metrów pod ziemią! Tak głęboko jeszcze nikt nie grał.

    Polsko-niemieckie tablice na Górnym Śląsku
    Gazeta Wyborcza, Rozmawiała Joanna Pszon 2008.05.18, Będą polsko-niemieckie tablice
    Joanna Pszon: Kiedy pojawią się pierwsze dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości na Opolszczyźnie?
    Ryszarda Galla, poseł, członek komisji ds. mniejszości narodowych i etnicznych, wiceprzewodniczący Mniejszości Niemieckiej: Pierwsze w kraju staną w gminie Radłów na Opolszczyźnie. Już są po wszystkich procedurach, czyli po konsultacjach społecznych, po wniosku do ministerstwa, po rozpatrzeniu proponowanych nazw i dofinansowaniu przez ministerstwo. Teraz wójt, mając pieniądze, ogłasza przetarg na zrobienie tablic i myślę, że na wakacje już będą stały. (...)
    To kiedy nasz region będzie usłany podwójnymi tablicami?
    - Myślę, że do końca roku zaczną się pojawiać te w innych gminach.
    A czy to nie jest tak, że inni czekają, jaka będzie reakcja Opolan na polsko-niemieckie tablice w Radłowie, i dopiero wtedy przyspieszą ze staraniami o takie u siebie?
    - Pewnie po części tak jest, ale przede wszystkim są opóźnienia o podłożu merytorycznym. Np. ciągną się rozważania dotyczące danych nazw miejscowości w języku niemieckim. Np. wiemy o przepychankach z nazwą Góry św. Anny. Ja jednak jestem zdania, żeby to porządnie wypracować, by nie było potem żadnych wątpliwości co do danej nazwy. Poza tym szykujemy się do społecznej kampanii, która pokaże, że te tablice świadczą o tym, jak nasz region jest otwarty, przyjazny i tolerancyjny, że to też nasza wizytówka.

    Warszawa zwróci lwa Śląskowi
    Bytomski.pl 2008.05.16, Przełom
    (...) Wczoraj w stolicy doszło do spotkania pomiędzy prezydentem Piotrem Kojem, a zastępcą prezydenta Warszawy Włodzimierzem Paszyńskim i Ewą Nekandą-Trepką, dyrektorem stołecznego Biura Konserwatora Zabytków. Rozmowy trwały aż do 23:00. Stronom spotkania udało się wypracować pewne porozumienie i choć nie jest to jeszcze przesądzone, prawdopodobnie oryginał posągu po pięćdziesięciu latach wróci do Bytomia. Rzeczywiście jesteśmy blisko porozumienia, takiego, które zadowoli obydwie strony - powiedziała Nekanda-Trepka - Oficjalnie chcemy to potwierdzić pod koniec maja. Gdy lwy staną w wyznaczonych miejscach Warszawa we współpracy z Bytomiem zamierza zorganizować cykl imprez historycznych oraz wydać publikacje naukowe związane z lwami Theodora Kalidego.
    Posąg śpiącego lwa ustawiono w 1873 roku na szczycie pomnika upamiętniającego mieszkańców powiatu bytomskiego poległych podczas wojny francusko-pruskiej. Monument początkowo stał w centralnej części naszego Rynku, jednak w 1932 r. z powodu budowy stacji benzynowej został przeniesiony na plac Akademicki. Trzynaście lat później pomnik uległ dewastacji przez żołnierzy Armii Czerwonej, natomiast ocalały posąg lwa ustawiono w Parku Miejskim z którego zniknął w połowie XX wieku.
    Rzeźbę odnalazł w 2006 roku Zdzisław Jedynak, były kierownik bytomskiego oddziału Archiwum Państwowego. Stała na niewielkim i zniszczonym cokole przy bocznym wejściu do ogrodu zoologicznego w warszawskiej Pradze. Sam lew był mocno zaniedbany. Gdy media opisały odkrycie Jedynaka początkowo żadna stołeczna instytucja nie przyznawała się do posągu. Do dziś wielu obserwatorów twierdzi, że sprawę można było załatwić po cichu, wywożąc rzeźbę do Bytomia bez konsultacji z władzami Warszawy, ponieważ te nie wiedziały o jego istnieniu. Faktem natomiast jest, że dzięki tej kłótni lwem wreszcie zajęli się specjaliści i w najbliższym czasie zostanie wyeksponowany w należyty sposób.

    Upomnieli się o swoje
    www.super-nowa.pl, MIC 2008.05.07, W kancelarii premiera o autonomii śląskiej
    W piknikowej atmosferze około 150 osób manifestowało wczoraj przed budynkiem Rady Ministrów pod hasłem przywrócenia Górnemu Śląskowi autonomii. Manifestację zorganizował Ruch Autonomii Śląska. Grała orkiestra dęta z Mysłowic, powiewały żółto-niebieskie flagi, wypuszczono z klatek gołębie...
    Wśród uczestników manifestacji przeważali ludzie młodzi, nie brakowało jednak także osób starszych, o znanych nazwiskach, takich jak pisarz Henryk Waniek, czy reżyser Kazimierz Kutz. Ten ostatni wraz z grupą działaczy Ruchu Autonomii Śląska - z przewodniczącym Ruchu Jerzym Gorzelikiem na czele - udał się do kancelarii Premiera, by złożyć stosowną petycję w sprawie zbadania przez Trybunał Konstytucyjny legalności zniesienia autonomii. Delegacja została przyjęta przez Sekretarza Stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Tomasza Siemioniaka, który przedstawił Ślązakom stan prac nad przygotowywaną przez rząd reformą administracyjną nadającą większe uprawnienia samorządom i wspólnotom lokalnym. Manifestacja odbyła się bez incydentów, choć wcześniej pojawiały się pogłoski o planach skrajnej prawicy, by zakłócić jej przebieg. Po dwóch godzinach Ślązacy udali się pod ambasadę Chińskiej Republiki Ludowej w celu złożenia listu protestacyjnego w sprawie naruszania praw człowieka w Tybecie.
    W okresie międzywojennym województwo śląskie cieszyło się dużym stopniem niezależności od władz centralnych w Warszawie. Dysponowało własnym sejmem i budżetem, a znaczna część wpływów z podatków pozostawała na miejscu, co sprzyjało rozwojowi regionu. Wszystko to na mocy ustawy Sejmu Rzeczpospolitej z 15 lipca 1920 r. o nadaniu województwu śląskiemu tzw. statutu organicznego.
    Autonomię śląską przekreśliło wkroczenie wojsk hitlerowskich we wrześniu 1939 r., ostatecznie została zniesiona dekretem stalinowskiej Krajowej Rady Narodowej 6 maja 1945 r. Zwolennicy przywrócenia autonomii argumentują, że zniesienie autonomii odbyło się w sposób niezgodny z prawem, a dekret w tej sprawie jest nielegalny. W dniu 63 rocznicy tego wydarzenia około 150 członków i sympatyków Ruchu Autonomii Śląska zebrało się przed budynkiem Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich w Warszawie, by domagać się anulowania stalinowskiego dekretu.
    Poniżej zamieszczamy wywiad, którego udzielił Super-Nowej przewodniczący Ruchu Autonomii Śląska, Jerzy Gorzelik.
    Redakcja: Europa się jednoczy, znikają granice, po co Śląskowi dzisiaj autonomia?
    Jerzy Gorzelik: Integracja europejska nie kłóci się z dążeniem do autonomii. Wręcz przeciwnie, jest jej naturalnym uzupełnieniem. Regiony potrzebują autonomii, by rozwiązywać własne problemy skuteczniej niż to czyni centrala. W przypadku regionów o kulturowej odrębności dochodzi jeszcze jeden aspekt - poczucie bycia u siebie. Bez tego trudno mówić o społeczeństwie obywatelskim.
    Red.: Wasi przeciwnicy mówią, że tak naprawdę nie chodzi wam o autonomię, lecz o oderwanie Śląska od Polski. Co Pan odpowiada na takie zarzuty?
    J.G.: Że w Polsce, jak w każdym cywilizowanym państwie, obowiązuje domniemanie niewinności. A mówiąc poważnie - chorobliwa podejrzliwość wymaga terapii. Szkoda czasu na udowadnianie, że nie jest się wielbłądem.
    Red.: Czy dziś, kiedy górnictwo boryka się z poważnymi problemami, a Śląsk nie jest już traktowany w uprzywilejowany sposób, autonomia się w ogóle opłaca?
    J.G.: A kiedy Śląsk traktowany był w sposób uprzywilejowany? Wtedy, kiedy w imię śrubowania wydobycia poddano go rabunkowej eksploatacji, fundując nam ekologiczną katastrofę? Górnictwo jest dziś w lepszej kondycji niż w latach 90. Pojawiają się chętni na zakup kopalń. Poza tym rola tej branży jest systematycznie ograniczana. Pomijając te kwestie, należy podkreślić, że autonomia to szansa na zdecydowanie bardziej racjonalne rozwiązywanie problemów. Przez ludzi, którzy problemy te znają i których one dotyczą. Nie przez oddalonych od realiów regionu polityków i urzędników w Warszawie.
    Red.: W województwie śląskim mieszka wiele osób, które nie są Ślązakami. Jaki los czeka te osoby na autonomicznym Śląsku?
    J.G.: Będą korzystać z szans, jakie daje autonomia, podobnie jak Ślązacy. Wybierać swoich przedstawicieli do regionalnego parlamentu, wpływać na regionalna politykę. Autonomia to pomysł dla Śląska, a nie tylko dla Ślązaków. Dodam, że autonomiczny region sam określa swój wewnętrzny ustrój. Opowiadam się za maksymalna decentralizacją i przeniesieniem możliwie wielu kompetencji na szczebel lokalny - do gmin i powiatów.
    Red.: Dziś manifestacja w Warszawie, a co jutro? W jaki sposób chce pan w dalszym ciągu przekonywać Ślązaków i władze w Warszawie do idei autonomii?
    J.G.: Na 12 lipca zaplanowaliśmy Marsz Autonomii w Katowicach. Takie wydarzenia mobilizują zwolenników, odbijają się echem w mediach, ale ważniejsza od nich jest żmudna, organiczna praca. Działalność Ruchu Autonomii Śląska to udział w setkach spotkań, dyskusji, kontakty z mediami, konferencje popularno-naukowe i naukowe, imprezy kulturalne. To ziarno wyda kiedyś plon.

    Koalicja na rzecz języka śląskiego
    Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2008.04.23, Powstała koalicja na rzecz mowy śląskiej
    Po raz pierwszy w historii trzy śląskie organizacje upomniały się u posłów o wpisanie mowy śląskiej do ustawy o językach regionalnych. - Wcześniej śląskość była uznawana za coś podejrzanego, ale mamy prawo upominać się o to, co nam się należy - mówi Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska.
    Apel do posłów o oficjalne uznanie mowy śląskiej za język regionalny przygotowały wspólnie Towarzystwo Kultywowania i Promowania Śląskiej Mowy Pro Loquela Silesiana, Ruch Autonomii Śląska i Związek Górnośląski. W piśmie, które wysłano do wszystkich parlamentarzystów z Górnego Śląska, przypominają, że w ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym śląską mowę pominięto. Twierdzą, że Ślązacy odebrali to jako arogancję wobec ich zwyczajów, mowy i tradycji. Dlatego teraz chcą zmiany prawa.
    - Mowa śląska zasługuje na taki sam status, jaki ma język kaszubski - mówi Gorzelik.
    Podczas spisu powszechnego sześć lat temu blisko 60 tys. osób stwierdziło, że mowa śląska jest ich językiem domowym. Śląski jest dostrzegany również za granicą. Biblioteka Kongresu USA wpisała go do swojego rejestru języków świata. (...)
    Józef Buszman, prezes Związku Górnośląskiego, uważa, że podkreślenie wartości mowy śląskiej pomoże w pielęgnowaniu tożsamości regionu. - To najlepsze lekarstwo na globalizację, której przecież i tak nie da się uniknąć - mówi. Podkreśla jednocześnie, że nie można zapominać o skodyfikowaniu mowy śląskiej. Tym właśnie zajmuje się już Pro Loquela Silesiana.
    Senator Andrzej Misiołek (PO), koordynator zespołu parlamentarzystów z województwa śląskiego, już teraz deklaruje poparcie dla tego pomysłu. - Będziemy o tym rozmawiać podczas obrad zespołu. Postaram się, by pozytywnie załatwić tę sprawę - obiecuje.

    Ślązak szefem Parlamentu Europejskiego?
    Dziennik Zachodni, Witold Pustułka 2008.04.23
    Śląski eurodeputowany i były premier rządu RP - Jerzy Buzek, po przyszłorocznych wyborach ma szansę zostać przewodniczącym Parlamentu Europejskiego - poinformował wczoraj najpoważniejszy niemiecki dziennik gospodarczy - Handels-blatt.
    Gazeta, powołując się na własne źródła informacji, napisała, że w sprawie wystawienia kandydatury Buzka porozumiały się już dwie największe frakcje w Parlamencie Europejskim: socjaliści i chadecy. Buzek cieszy się uznaniem polityków bez względu na przynależność partyjną, a ze względu na duże polityczne doświadczenie najlepiej nadaje się na urząd przewodniczącego Parlamentu Europejskiego - pisze Handelsblatt. Wczorajsza informacja nie jest jednak żadną sensacją; informacje o Jerzym Buzku, jako ewentualnym następcy Hansa Gerta Poeteringa, pojawiały się już wcześniej.
    - Takie spekulacje nie są dla mnie zaskoczeniem, bo już wcześniej mówiło się o tym w kuluarach Parlamentu Europejskiego - mówi Jan Olbrycht, europoseł tej samej co Buzek Europejskiej Partii Obywatelskiej. - Nie znam jednak żadnych ustaleń międzypartyjnych dotyczących jego kandydatury. Szanse Buzka poważnie ocenia też europosłanka Genowefa Grabowska z obozu socjalistów. - O żadnych ustaleniach, jak donosi niemiecka prasa, nie słyszałam, ale mogły one zapaść poza mną - mówi Grabowska. - Gdyby ten scenariusz stał się faktem, byłby to wielki splendor dla Śląska i całej Polski.
    Jak twierdzą polscy euro-deputowani scenariusz obsadzenia przez Jerzego Buzka fotela przewodniczącego Parlamentu Europejskiego jest tym bardziej prawdopodobny, że kraje nowej Unii, czyli te, które weszły do struktur zjednoczonej Europy po 2003 roku, już od dawna lobbują, aby nowym szefem PE został któryś z ich przedstawicieli. - W tej grupie naturalnym liderem jest Polska, a co za tym idzie Polak może mieć największe szanse na obsadzenie tego stanowiska - dodaje Grabowska.
    Sam Jerzy Buzek z właściwą sobie skromnością komentował sprawę: - Żeby zostać przewodniczącym Parlamentu Europejskiego najpierw trzeba zostać europosłem, a wybory mamy dopiero za rok - powiedział.
    Nagłośnienie sprawy kandydatury Buzka na rok przed wyborami może być jednak dla niego samego niedźwiedzią przysługą i tak naprawdę spalić jego szanse. Europoseł lewicy Marek Siwiec w swoim blogu napisał wczoraj, że ktoś puszcza szczury na temat Buzka po to, by nie został on przewodniczącym Parlamentu Europejskiego.
    Zdaniem Siwca z socjalistami nikt nie rozmawiał na ten temat, a cała afera medialna może służyć tylko i wyłącznie zdyskredytowaniu szans byłego premiera Polski.
    Przypomnijmy, że Jerzy Buzek w tym roku skończy 68 lat i w ciągu minionej dekady, z profesora belwederskiego chemii, szefa niewielkiego instytutu naukowego w Gliwicach, przerodził się w gwiazdę polskiej polityki. Był pierwszym premierem RP, który korzystał z rad specjalistów od public relations; nawet gdy AWS w 2001 roku przegrał wybory do Sejmu, on sam otrzymał kilkadziesiąt tysięcy głosów. Nigdy nie ciągnęły się za nim żadne afery czy niejasności. Cała Polska zna też jego córkę Agatę, która zaczyna odgrywać coraz większą rolę w polskim świecie aktorskim.
    Buzek doskonale potrafi sprzedawać się w mediach. Unika tematów kontrowersyjnych, ale chętnie angażuje się w spektakularne przedsięwzięcia - na przykład w grudniu ub. roku, gdy w spektaklu dobroczynnym Królewna Śnieżka organizowanym przez Polskę Dziennik Zachodni wcielił się w rolę krasnala. Cały czas podkreśla też swoje związki ze Śląskiem - rodzinnym Chorzowem, gdzie kończył szkołę i Gliwicami, gdzie w tej chwili mieszka. (...)

    Górny Śląsk uzbrajał III Rzeszę
    Dziennik Zachodni, Katarzyna Piotrowiak, 2008.04.17, Region Śląsk był jednym z najważniejszych regionów zbrojeniowych w III Rzeszy
    Region Śląsk był jednym z najważniejszych, obok Zagłębia Ruhry i Saary, regionów zbrojeniowych w III Rzeszy - napisał Mirosław Sikora. W trakcie czterech lat pracy nad książką historyk przerzucił tysiące teczek zgromadzonych w archiwach.
    - Zaskoczyła mnie mnogość dokumentacji, która zachowała się do dziś. Przerzuciłem sterty teczek opatrzonych napisem Panther, w których przechowuje się projekty słynnego czołgu, produkowanego w latach 1944-1945 m.in. na Górnym Śląsku. To niesamowite, jak wiele jest jeszcze do odkrycia - mówił Sikora podczas wczorajszej promocji książki zorganizowanej w IPN.
    Fragmenty czołgu Panther powstawały w Holdingu Berghutte w Katowicach. Pracownicy śląskich hut zespawali 130 kadłubów. Silniki i elementy zawieszenia były montowane w Niemczech, m.in. w Daimler-Benz. Sikorze udało się też dotrzeć do wielu istotnych informacji oraz projektów wykorzystywanych przy produkcji bomb lotniczych, podzespołów do transporterów opancerzonych, samolotów, okrętów podwodnych, a także amunicji artyleryjskiej i popularnej armaty przeciwlotniczej 88 mm, której produkcja w ostatnich latach wojny sięgała 260 sztuk miesięcznie. Produkcja tych armat stanowiła 40 proc. całej produkcji niemieckiej. Na Śląsku produkowane były też części do jednego z pierwszych precyzyjnych pocisków rakietowych lufttorpedo (torpedy powietrzne). Śląskie huty i zakłady, np. Huta Bismarck w Chorzowie czy Zgoda w Świętochłowicach, zajmowały się głównie produkcją podzespołów i nadwozia. W każdej z nich Armia Krajowa miała swoją siatkę zwiadowczą. (...)
    Książka Mirosława Sikory została wydana Kuźnia broni III Rzeszy. Niemiecki przemysł zbrojeniowy na Górnym Śląsku podczas drugiej wojny światowej.

    Tropiciele zaginionych dzieł sztuki
    Dziennik Zachodni, Krzysztof P. Bąk 2008.04.04
    Nikt dokładnie nie wie, ile dzieł sztuki zniknęło z naszego województwa. Najpierw wywozili je hitlerowcy i Sowieci, sporo wyparowało też w czasach PRL-u, a nawet w ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku.
    - Chcemy je odnaleźć, zewidencjonować albo przynajmniej ustalić okoliczności ich zaginięcia - wyjaśnia historyk sztuki, a jednocześnie lider Ruchu Autonomii Śląska dr Jerzy Gorzelik.
    - Pomysł jest dobry - ocenia Łucja Ginko, dyrektorka wydziału kultury śląskiego Urzędu Marszałkowskiego. - Najważniejsze by był przydatny i służył np. muzeom, konserwatorom zabytków, mieszkańcom...
    W naszym regionie tego rodzaju pomysł to nowość, ale w kraju podobne prace były już prowadzone. We Wrocławiu kierował nimi prof. Jerzy Harasimowicz. - Dobra kulturalne ze Śląska znajdują się nie tylko za granicą, ale również w kraju. Wiedza zdobyta na ich temat jest nieoceniona - mówi.
    Do największych spustoszeń wśród dóbr naszego dziedzictwa doszło w czasie II wojny światowej. - Najbardziej spektakularnym przykładem jest kustodia raciborska - mówi Gorzelik. - Wielka monstrancja, która wyszła spod ręki późnośredniowiecznego mistrza złotnictwa.
    Gorzelik chce jednak przede wszystkim szukać dzieł sztuki, których nie ma w spisach rzeczy zaginionych konserwatorów zabytków. Choćby takich jak kamienna rzeźba Jana Nepomucena, która z mysłowickiego Rynku zniknęła najprawdopodobniej w czasach stalinowskich. Do dziś nie natrafiono na jej ślad.
    Czy jest czego szukać? Historycy i znawcy sztuki przekonują, że tak. I podają przykłady: bytomskie lwy, które po latach odnalazły się w Warszawie, albo wystawione na aukcji w Londynie karty Graduału Raciborskiego. Ale o losie innych zaginionych zabytków i dzieł sztuki, jak choćby lwów ze Świerklańca, figur z przydrożnych kapliczek, wciąż niewiele wiadomo. - Zaginionych dzieł sztuki, pochodzących z naszego regionu jest mnóstwo, nawet trudno oszacować ile - uważa dr Jerzy Gorzelik, historyk sztuki z Uniwersytetu Śląskiego. - Wszelkie badania na ten temat są jak najbardziej sensowne. W Gdańsku ukaże się już trzeci tom, pokazujący utracone zasoby - ocenia prof. Jerzy Harasimowicz, historyk sztuki z Uniwersytetu Wrocławskiego. Pięć lat temu Harasimowicz realizował podobny projekt na Dolnym Śląsku.
    Gorzelik chce rozpocząć ewidencję zaginionych dzieł sztuki na terenie województwa katowickiego i Opolszczyzny. Tworzeniem tej listy oprócz Gorzelika mają zająć się również absolwenci i studenci historii, działający w Ruchu Autonomii Śląska. Specjalną ankietę chcą rozesłać m.in. do proboszczów parafii, działaczy lokalnych towarzystw propagujących historię miast. O tym, że o zaginione rzeźby i obrazy warto pytać w kościołach przekonany jest Harasimowicz. - Wiele kościołów, zwłaszcza ewangelickich, było po prostu sprzedawanych. Cały szereg prospektów organowych i ołtarzy można znaleźć w świątyniach w innych częściach Polski - ocenia Harasimowicz.
    Zdaniem Henryka Grzonki z Polskiego Radia Katowice, który prowadzi audycję o Śląsku, na tworzonej przez Gorzelika liście powinny się znaleźć dwa dzwony z drewnianego XVI-wiecznego kościółka w Łaziskach pod Rybnikiem. - To jedyna rzecz, której brakuje w tym, jednym z najstarszych na Śląsku drewnianych kościółków i jednym z nielicznych, które stoją w swoim pierwotnym miejscu - opowiada Henryk Grzonka. - Hitlerowcy wywieźli te dzwony do portu w Hamburgu, gdzie miały być przetopione. Najstarsze zostawiono na koniec, więc ocalały, bo skończyła się wojna. Jeden znalazł się pod Bremą, inny w Bawarii. Jeszcze ich nie odzyskano. (...)
    Jerzy Gorzelik dodaje, że na liście powinny znaleźć się również muzealia, których aktualne miejsce pobytu jest znane. - Wiele pochodzących ze Śląska dzieł znajduje się w zbiorach innych muzeów, często leżą w magazynach - twierdzi Gorzelik. - Nasze badanie wykazały, że nie ma w Polsce muzeum, w którym nie byłoby eksponatów ze Śląska - dodaje Harasimowicz.

    Wielka impreza w małej Byczynie
    Gazeta Opolska, MAN 2008.03.28
    Starania o organizację uroczystości otwarcia Europejskich Dni Dziedzictwa zakończyły się sukcesem. Działania burmistrza Byczyny Ryszarda Grünera wspierał wojewoda opolski Ryszard Wilczyński, który w grudniu ub.r. wystąpił do ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego z rekomendacją Byczyny, jako miejsca organizacji tego prestiżowego wydarzenia. Prosił o poparcie inicjatywy.
    - Minister zgodził się poprzeć projekt - poinformował nas Kordian Michalak, rzecznik prasowy wojewody opolskiego. - Do pomysłu przychylił się również Główny Konserwator Zabytków Tomasz Merta - dodał. O wyborze Byczyny zdecydowała przede wszystkim wspaniała historia miasta, zachowana do dziś architektura, wielokulturowy charakter miejscowości oraz oryginalny scenariusz uroczystości zaproponowany przez władze miasta i województwa.
    Otwarcie Europejskich Dni Dziedzictwa, które odbędzie się pod patronatem Rady Europy, zaplanowano na 13 września br. Hasło imprezy to Korzenie tradycji. Od ojcowizny do ojczyzny. (...)

    Śląskie ekobomby tykają cicho
    Dziennik Zachodni, Krzysztof P. Bąk 2008.03.27, Ekobomby tykają cicho
    Składowiska chemicznych odpadów i azbest zagrażają naturalnemu środowisku naszego województwa. Potrzeba setek milionów złotych by zażegnać niebezpieczeństwo.
    - To naprawdę są bomby ekologiczne - podkreśla Kazimierz Dul, wicedyrektor wydziału ochrony środowiska Urzędu Marszałkowskiego.
    Największy problem w ocenie Dula to składowisko odpadów niebezpiecznych w Tarnowskich Górach. To spadek po likwidowanych od kilku lat Zakładach Chemicznych. Rozbrojenie tej bomby kosztowało przez ponad dekadę już 210 mln zł. Ale do zutylizowania pozostało 600 tys. m sześć. odpadów. Według wstępnych szacunków potrzeba na to ok. 90 mln zł. I to rychło. - Zagrażają podziemnym zbiornikom wody pitnej - wyjaśnia Kazimierz Dul.
    Ale już drugi rok na terenie zakładów nie toczą się żadne prace. Co gorsza, starosta tarnogórski wciąż nie może przejąć terenu, by starać się o unijne dotacje. (...)
    Zajmujący się ekologią śląski poseł PO Jan Rzymełka jest zwolennikiem wpisania do konstytucji zasady odpowiedzialności państwa za wyrządzone przez państwowe zakłady środowisku szkody. - Płacenie przez niszczącego środowisko to jedna z unijnych zasad - tłumaczy Rzymełka.
    Jego zdaniem gminy i powiaty na terenie, których znajdują się ekologiczne bomby powinny szukać pieniędzy w Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej albo starać się o dotacje z unijnych funduszy. - Jeżeli te próby okażą się nieskuteczne, to ostateczną drogą jest program naprawczy w postaci ustawy sejmowej - wyjaśnia parlamentarzysta.
    Współpraca: Anna Dziedzic, Krzysztof Szendzielorz

    Ślązacy z Czech chcą Euro w Chorzowie
    Dziennik Zachodni, Witold Pustułka 2008.03.26, Czesi trzymają za nas kciuki w sprawie Euro 2012 w Chorzowie
    W czeskiej telewizji publicznej, w jej ostrawskim wydaniu, od kilku tygodni trwa kampania związana z szansą, jaką dla całego Śląska, stwarza organizacja Euro 2012 w Chorzowie. Tamtejsze media trzymają za nas kciuki i na bieżąco informują na temat szans przyznania Stadionowi Śląskiemu prawa organizacji piłkarskich Mistrzostw Europy w 2012 roku.
    - Część Śląska zlokalizowana za naszą południową granicą bardzo nam kibicuje i życzy nam w tej sprawie jak najlepiej - mówi Piotr Spyra, wicemarszałek województwa śląskiego. - Mam wrażenie, że nasi południowi sąsiedzi mieszkający tuż za granicą traktują tę imprezę jak własną. To bardzo miło z ich strony.
    W Chorzowie już kilka razy w tej sprawie byli czescy dziennikarze. Niedawno w Konsulacie Czeskim w Katowicach odbyło się także spotkanie biznesmenów z kraju Morawsko-Śląskiego z władzami naszego województwa m.in. wicewojewodą Adamem Matusiewiczem oraz tutejszymi samorządowcami. Czescy inwestorzy byli zainteresowani możliwością współpracy przy realizacji inwestycji przygotowujących województwo do Euro 2012.
    Byli oni świetnie przygotowani do rozmowy z nami, a poza tym naprawdę było widać, że życzą nam w naszej walce o Euro 2012 jak najlepiej - mówi wicewojewoda Matusiewicz.
    Wstępnie ustalono, że gdybyśmy otrzymali prawo organizacji mistrzostw, to strona Polska chętnie skorzysta ze zlokalizowanej za naszą południową granicą bazy noclegowej dla kibiców. Ostrawa i jej okolice mają bowiem doskonale rozbudowaną sieć hoteli i ośrodków wypoczynkowych, a także lotnisko, które może przyjmować kibiców z całej Europy. Przypomnijmy także, że do 2012 roku oddana ma być już autostrada A-1, co będzie oznaczać, że dojazd z Chorzowa do Ostrawy nie powinien trwać dłużej niż 50 minut. (...)
    Ewentualne poparcie strony czeskiej w sprawie przyznania Stadionowi Śląskiemu prawa organizacji Euro 2012 może mieć ogromne znaczenie, bo nasi południowi sąsiedzi od lat mają w europejskich władzach piłkarskich o wiele lepszą pozycję niż Polacy.

    O tradycjach wielkanocnych po śląsku
    www.raciborz.com.pl, Szkoła Podstawowa nr15, 2008.03.22
    W przedświątecznym spotkaniu z dziećmi raciborzanka pani Teresa Gacka w śląskiej gwarze opowiadała o tradycjach wielkanocnych, pieczeniu chleba i robieniu masła.
    Teresa Gacka, laureatka niejednego konkursu wykorzystującego gwarę, również katowickiego Godomy po naszemu, czyli po śląsku chętnie przyjęła zaproszenie uczniów Szkoły Podstawowej nr 15 i w gwarze opowiadała o świątecznych wypiekach, o robieniu kołocza weselnego i wielorakim zastosowaniu zościery, czyli fartucha, którym dawniej kobiety wykonując prace domowe osłaniały mazelonki. Dzieci z wypiekami na twarzy słuchały opowieści o zabawach i obowiązkach dzieci żyjących 60 lat temu tu w miejscu, gdzie znajdują się teraz ich domy i szkoła.
    Ślązaczka przyniosła ze sobą wiele rekwizytów: kosz wykorzystywany przy pieczeniu chleba, drewnianą foremkę do wyrobu ozdobnych osełek masła, mazok z gęsich piór do smarowania ciasta jajkiem i piękne własnoręcznie wykonane kroszonki. Dzieci z podziwem wysłuchały recytowanego przez panią Teresę wiersza, który był dedykowany panu młodemu podczas wręczania mu przed ślubem kołacza przez druhny. W ostatniej części spotkania uczniowie zadawali pytania. Najbardziej interesowało ich szkolne życie dzieci sprzed 60 laty, to jakich przedmiotów się uczyły i to, jaką uczennicą była pani Teresa Gacka.
    Spotkanie cieszyło się ogromnym zainteresowaniem uczniów i nauczycieli, dlatego też zaplanowano już kolejne.
    Spotkanie z pielęgnującą gwarę panią Gacką zainaugurowało projekt edukacyjny Racibórz wczoraj, dziś i jutro, realizowany w Szkole Podstawowej nr 15 z Oddziałami Sportowymi w Raciborzu z okazji 900-lecia miasta i 25-lecia szkoły.

    Kradzież na pszczyńskim zamku
    Dziennik Zachodni, PLUS, 2008.03.22
    Do zuchwałej kradzieży doszło na pszczyńskim zamku. Dwóm zabytkowym kamiennym strażnikom stojącym na zachodnim tarasie ktoś skradł żeleźce z halabard. Figury dopiero niedawno wróciły na swoje miejsce po bardzo żmudnej trzyletniej konserwacji. Zakończenia halabard, zwane żeleźcami, były zrobione z pozłacanego mosiądzu. I właśnie te elementy stały się łupem złodzieja.
    - Te elementy te nie mają żądnej wartości kolekcjonerskiej. Nie ważą też tyle, żeby jakiś złomiarz się na ich sprzedaży wzbogacił, a muzeum straciło dwa tysiące złotych - mówi Maciej Kluss, dyrektor Muzeum Zamkowego w Pszczynie.
    Co najdziwniejsze, zamek ma ochronę i systemy zabezpieczające. Na zewnątrz pilnują go kamery. Feralnej nocy nie zarejestrował się żaden obraz. (...)

    Opolanie łączą się z Tybetem
    Gazeta Wyborcza, ap, jon 2008.03.19
    Czy popieramy protest przeciw chińskiej agresji w Tybecie oraz czy w związku z łamaniem praw człowieka w Chinach nie powinno się zbojkotować olimpiady? - spytaliśmy opolan.
    Jakub Olszewski, uczeń: Nie zgadzam się z tym, co obecnie dzieje się w Tybecie. Ale z drugiej strony, jaki mam na to wpływ? Niedługo rozpoczynają się igrzyska olimpijskie, więc sportowcy i politycy powinni jakoś zareagować. Proponuje, aby nie przybyli na uroczystość otwarcia.
    Magdalena Dimitrowa, uczennica: Cieszę się, że takie informacje komentowane są w Polsce. To okropne, że na świecie dzieją się takie rzeczy. Dlatego z chęcią podpisze petycję przeciwko tłumieniu manifestacji w Tybecie. Chce, aby mój głos ktoś usłyszał.
    Ryszard Król, przedsiębiorca: Niestety, ale takie akty przemocy wpisane są w historię. Uważam, że powinniśmy zareagować. Na olimpiadzie sportowcy powinni mieć jakieś czarne emblematy, aby świat widział, że sprawy Tybetu nie są nam obojętne.
    Ksenia Domańska, wychowawczyni: Popieram każdą akcje protestacyjną przeciwko tłumieniu manifestacji w Tybecie. Sportowcy? Powinni pojechać na igrzyska dla samej idei. Ich idea, to sport.
    Anna Pośniak, wychowawczyni: Jestem apolityczna, ale to, co się dzieje w Tybecie, nie może być nam obojętne. Musimy zaprotestować, a najlepszym tego aktem jest nasz podpis pod petycją. Sportowcy powinni pojechać do Pekinu, bo nie mogą zaprzepaścić czterech lat przygotowań.
    Marianna Ramola, emerytka: Mogę sobie tylko wyobrazić, co czują mieszkańcy Tybetu. Sami mamy wpisane takie akty przemocy w naszą historię. Do Pekinu sportowcy muszą pojechać, ale powinni zamanifestować swój sprzeciw. Tam gdzie się dzieje źle, trzeba reagować.
    Przypomnijmy, że coraz więcej opolan protestuje przeciw chińskim represjom w Tybecie. Trwa zbieranie podpisów pod listem do ambasadora Chin w Polsce. Ale akcja, którą zainicjowało opolskie stowarzyszenie Horyzonty, ruszyła w całym kraju.
    Swój podpis pod protestem można składać na stronie: www.horyzonty.eu. (...)

    Większe szanse Stadionu Śląskiego
    Przemysław Jedlecki, współpraca Maciej Blaut, Tomasz Malkowski 2008-03-19, Niemcy przebudują Śląski przed Euro 2012
    Stadion Śląski ma coraz większe szanse na mecze Euro 2012. Nad wadami stadionu przeważyła świetna infrastruktura. A sam obiekt ma być przebudowany przez renomowaną firmę z Niemiec.
    Chorzów ma duże szanse na organizowanie przynajmniej jednego meczu, a rolę zaplecza hotelowo-turystycznego odgrywać będzie Kraków - taką informację udało się nam w środę potwierdzić w kilku źródłach.
    Tymczasem niespełna miesiąc temu wydawało się, że już wszystko stracone. Z tego, co dotąd uważaliśmy, za nasz atut, czyli trwającą od czternastu lat modernizację stadionu, eksperci z UEFA uczynili jeden z głównych zarzutów i wytknęli brak postępów w tej sprawie. Skrytykowali nas też m.in. za małą liczbę toalet i brak stałych miejsc kateringowych. Zasugerowali, że gospodarze stadionu nie potrafią skoordynować prac modernizacyjnych i poradzili wynajęcie profesjonalnej firmy, która by to zrobiła. Po takiej ocenie wydawało się, że Stadion Śląski nie ma szans w konkurencji z czterema projektowanymi obiektami w stolicy, Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu. Nie minął jednak nawet tydzień, gdy inny zespół ekspertów przyjrzał się infrastrukturze. Okazało się, że Chorzów wraz z sąsiednimi miastami nie ma czego w tej sprawie się wstydzić. Nasze szpitale na czele z piekarską urazówką, Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe oraz drogi, choć sami na nie narzekamy, przeważyły szalę na naszą korzyść. UEFA przymknęła oko nawet na skromną bazę hotelową. Z naszych informacji wynika, że eksperci federacji zasugerowali, że kibice mogą skorzystać z hoteli w Krakowie.
    Przełom nastąpił też w sprawie projektu zadaszenia Stadionu Śląskiego. Wiadomo już, jaka firma tym się zajmie. Spośród trzech, które miały na to ochotę, wybrana została niemiecka GMP Architekten z Akwizgranu. Jak twierdzi nasz informator, o jej zwycięstwie miało zdecydować to, że idealne spełniania wymogi postawione przez UEFA.
    GMP Architekten to olbrzymie biuro projektowe z ponad czterdziestoletnią tradycją. Stąd wyszedł np. projekt nowego Dworca Centralnego w Berlinie (Lehrter Bahnhof) z dwustumetrowym szklanym dachem przykrywającym perony, a także Chińskiego Muzeum Narodowego przy placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie. Architekci mają też doświadczenie przy modernizacji stadionu w Berlinie, co może przydać im się w Chorzowie. W stolicy Niemiec przebudowali pamiętający jeszcze hitlerowskie czasy Stadion Olimpijski z 1936 roku. Zdaniem specjalistów wyszli z tego zadania obronną ręką: zachowali betonowo-kamienne Koloseum, ale dodali do niego dach rozpięty na lekkiej stalowej konstrukcji. Architekci projektowali też duże obiekty sportowe w Europie, Chinach oraz RPA. W Polsce wygrali zamknięty konkurs na projektu Stadionu Narodowego dla Warszawy, który ma być główną areną Euro 2012. (...)
    Co dalej będzie działo się z projektem? W najbliższych dniach firma audytorska sprawdzi, czy rzeczywiście odpowiada on wszystkim międzynarodowym kryteriom. Umowa z wykonawcą ma zostać podpisana do 25 kwietnia. Od dnia zawarcia porozumienia firma GMP będzie miała siedem miesięcy na przygotowanie szczegółowego projektu budowlanego i wykonawczego.
    To jednak nie koniec dobrych wiadomości, bo władze regionu z nowym marszałkiem Bogusławem Śmigielskim zaczęły nadrabiać zaległości. Zostanie np. powołane Biuro EURO 2012 i marszałek wynajmie jedną z renomowanych firm audytorskich, by doradzała przy przebudowie Śląskiego i podczas przygotowań do mistrzostw.
    W środę w Katowicach z marszałkiem spotkał się Marcin Herra, prezes spółki PL2012, która zajmuje się przygotowaniami do piłkarskich mistrzostw Europy w Polsce. Oficjalnie o szansach Chorzowa na organizowanie przynajmniej jednego meczu nie chciał się wypowiadać. Stwierdził tylko, że wszyscy ciężko pracują, by w 2012 roku mieć stadion, który spełni wymagania UEFA. Dodał też, że pod koniec kwietnia UEFA ponownie będzie oceniała stadiony, a pod koniec maja - infrastrukturę w ich okolicy. (...)

    Kolejny rekord w Pyrzowicach
    Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2008.03.18, Kolejny rekordowy miesiąc w Pyrzowicach
    Luty był kolejnym miesiącem, w którym padł rekord liczby pasażerów, którzy skorzystali z usług naszego portu.
    Pesymistyczne zapowiedzi analityków, że w tym roku rynek lotniczy w Polsce nie będzie rósł już tak dynamicznie jak do tej pory, nie sprawdzają się w przypadku lotniska w Pyrzowicach. Luty był kolejnym miesiącem, w którym nasz port pobił rekord liczby pasażerów.
    Odprawiono tu 141 378 osób, czyli 49 proc. więcej niż w lutym 2007 roku. Wzrosła też frekwencja w ruchu czarterowym: obsłużono 9 672 pasażerów, czyli 14 proc. więcej niż przed rokiem. O 30 proc. wzrosła również liczba tzw. operacji lotniczych, czyli startów i lądowań samolotów - w lutym było ich w Pyrzowicach 1955.
    O tym, że początek roku będzie bardzo dobry dla Pyrzowic, świadczyły już dane ze stycznia, gdy z naszego lotniska skorzystało aż 155 500 pasażerów, czyli o 59 proc. więcej niż rok wcześniej. Przypomnijmy, że w tym samym czasie krakowskie Balice odprawiły tylko o 1,8 proc. pasażerów więcej (ale wciąż wyprzedzają nas pod względem całkowitej liczby podróżnych). (...)
    Jest to coraz bardziej realne, bo od 1 kwietnia Pyrzowice mogą zyskać nawet 8-9 tys. pasażerów miesięcznie. Wraz z nowym rozkładem lotów z Balic do Pyrzowic przenosi się bowiem niemiecka tania linia lotnicza Germanwings. Przewoźnik uruchomi dwa połączenia (trzy razy w tygodniu: we wtorki, czwartki i soboty) do Kolonii/Bonn oraz na lotnisko w Stuttgarcie. Należący do Lufthansy Germanwings będzie czwartym tanim przewoźnikiem latającym z pyrzowickiego lotniska.

    Razem przeciw miastu Silesia
    Dziennik Zachodni, Krzysztof P. Bąk 2008.03.17, Nowe propozycje dla związku miast
    Jedni mieszkają w Sosnowcu i Dąbrowie Górniczej, inni w Mysłowicach, Katowicach i Chorzowie. Pierwsi do tej pory nie smakowali krupnioków, drudzy - zalewajki. Wiele ich dzieliło, ale połączyło jedno - chcą by nasza metropolia nie nazywała się śląska, ale śląsko-dąbrowska.
    Wyrazem tej intencji było sobotnie spotkanie w historycznym Trójkącie Trzech Cesarzy u zbiegu Czarnej i Białej Przemszy. Kilkadziesiąt osób stanęło do pamiątkowego zdjęcia trzymając napis: metropolia śląsko-dąbrowska oraz proponowane logo - czerwone i błękitne zazębiające się koła. Spotkanie zorganizowało Forum dla Zagłębia Dąbrowskiego i Ruch Autonomii Śląska.
    - Chcemy zadać kłam twierdzeniom, ze Ślązacy z Zagłębiakami, czy - jak kto woli - hanysy z gorolami - nie potrafią się dogadać - tłumaczy Piotr Krawczyk, prezes Forum i redaktor naczelny portalu www.zaglebie.info.
    Miejsca nie wybrano przypadkowo. Sto lat temu stykały się tu granice trzech mocarstw Prus, Rosji i Austrii. Kiedyś Trójkąt symbolizował podział, dzisiaj ma podkreślać współpracę trzech sąsiadujących ze sobą miast - Jaworzna, Mysłowic i Sosnowca. Sobotnia integracja dwóch różnych tożsamości regionalnych, była jednocześnie protestem przeciwko utrwalaniu dla przyszłej metropolii w naszym regionie nazwy: śląska. - Chcielibyśmy, żeby każdy Ślązak i Zagłębiak w tej metropolii czuł się jak u siebie. Żeby traktowano nas jako partnerów począwszy od dwuczłonowej nazwy, a skończywszy na podziale pieniędzy, które do tej pory naszym zdaniem nie są dzielone sprawiedliwie - wyjaśnia Krawczyk. (...)

    Wszyscy chcą iść na grubę
    Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2008.03.14
    Ponad dziewięć tysięcy nowych pracowników przyjmą w tym roku śląskie kopalnie. Tak dobrze nie było od lat, ale chętnych i tak jest więcej
    Jeszcze niedawno dyrektorzy kopalń narzekali na brak rąk do pracy, ale wszystko się zmieniło po tym, gdy w zeszłym roku związki zawodowe wywalczyły duże podwyżki pensji. Niektóre kopalnie zalała fala podań o pracę. Np. w Jastrzębskiej Spółce Węglowej, która właśnie zakończyła przyjmowanie zgłoszeń, wpłynęło niemal 19 tysięcy podań od 9363 osób. Różnica wzięła się stąd, że niektórzy złożyli swoje podanie w w kilku kopalniach naraz. Jak nam powiedział Andrzej Sobczak, dyrektor zespołu polityki zatrudnienia JSW, w zeszłym roku kandydatów było o ponad dwa tysiące mniej. Tymczasem JSW planuje zatrudnienie tylko 1870 nowych pracowników, co oznacza, że na jedno miejsce przypada prawie pięciu chętnych. Wśród kopalń tej spółki największe wzięcie ma Pniówek, gdzie wpłynęło 4576 podań, oraz Zofiówka - 4323, zaś najmniej osób zgłosiło się do Budryka, tylko 763. (...)
    Nowych pracowników przyjmą też dwie pozostałe spółki węglowe: Kompania Węglowa ma 5,7 tysięcy miejsc, zaś Katowicki Holding Węglowy - 1,5 tysiąca. W obu nabór jeszcze się nie zakończył. Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii, zapewnia, że firma nie obawia się braku chętnych. Preferować będzie absolwentów szkół zawodowych i średnich, którzy nie skończyli 30 lat. Nieco niżej poprzeczkę zawiesił Holding - tu pracę mogą znaleźć nawet 35-latkowie.
    Jak się okazuje, duży w tym roku nabór do pracy w spółkach węglowych odbił się już na prywatnych firmach, które wykonują usługi dla górnictwa. Po raz pierwszy od dawna mają kłopoty z zatrzymaniem pracowników u siebie. Ci coraz chętniej odchodzą do państwowych kopalń. Z tego powodu przedsiębiorcy skupieni w Stowarzyszeniu Budownictwa Górniczego zastanawiają się nad zatrudnieniem pracowników zza wschodniej granicy, np. Ukrainy.

    Najwyższy budynek na Górnym Śląsku
    Gazeta Opolska, Maciej T. Nowak 2009.03.13, Drapacz chmur ma stanąć w Opolu
    Czy wkrótce nad panoramą Opola będzie górował wielki wieżowiec? Niewykluczone, że będzie tak już w 2011 roku. Właściciel warszawskiego biura DFP Design zaprojektował Kaskada Sky Center, który miałby stanąć przy ul. Ozimskiej.
    Wieżowiec miałby 142 metry wysokości. Do tej pory najwyższe w Opolu są wieże katedry, które mają ponad 70 metrów. Wieżowiec przewyższałby je więc dwukrotnie.
    Kaskada Sky Center według planów ma 37 pięter i trzy kondygnacje podziemne. Mieści się na nich blisko 20 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni użytkowej.
    Budynek miałby funkcję usługowo-biurowo-hotelową. Połowę budynku zajmowałby hotel, a drugą część biura i zaplecze konferencyjne. Na najwyższym piętrze mieściłby się basen.
    Wybudowanie całości ma kosztować 100 milionów euro, a inwestorem jest zagraniczna firma kapitałowa.
    Czy Opole jest wystarczająco dużym miastem, by taki pomysł miał szanse biznesowego powodzenia?
    - Inwestor jest bardzo poważny. Przeprowadził analizy, z których wynika, że tego typu projekt jest do wchłonięcia przez opolski rynek - zapewnia Jerzy Kwiatkowski, właściciel DFP Design. Zanim jednak się o tym przekonamy pomysł budowy drapacza chmur musi przejść całą drogę formalną, a ta w Opolu łatwa nie będzie. Problemy pojawiły się już na początku w trakcie konsultacji z architektami i urbanistami. Miejska Komisja Architektoniczna, która jest ciałem opiniodawczym, wypowiedziała się negatywnie na temat projektu.
    - Dyskusja dotyczyła kwestii komunikacyjnych - mówi Mirosław Pietrucha, rzecznik prasowy prezydenta Opola. - Będzie potrzebnych kilkaset miejsc parkingowych, tymczasem projekt zakładał jedynie 60. Komisja jest zainteresowana projektem i chce dalej o nim dyskutować. Nikt nie powiedział nie - dodał.
    - Inwestor nie wycofuje się z tego projektu - zaznacza Jerzy Kwiatkowski. - Komisja chce zobaczyć projekt z szerszej perspektywy.Jerzy Kwiatkowski zapowiada, że jak najszybciej będzie chciał nanieść poprawki i ponownie przedstawić Kaskadę architektom i urbanistom.
    Mirosław Pietrucha podkreśla, że władze Opola są pozytywnie nastawione do pomysłu budowy drapacza chmur. (...)

    Beskidy reklamują się w czeskiej TV
    Gazeta Wyborcza, Ewa Furtak 2008.03.12,
    Reklama w TV Ostrawa okazała się tańsza niż w Telewizji Polskiej. Dlatego beskidzkie kurorty postanowiły zareklamować się za naszą południową granicą. Czy będą tego jakieś efekty?
    Brenna, Szczyrk, Ustroń, Wisła i Istebna już piąty rok z rzędu wspólnie zabiegają o turystów. Powołały w tym celu Beskidzką Piątkę, wydają razem foldery i wspólnie promują się na targach. Ostatnio postanowiły, że wspólnie zareklamują się także w telewizji. Marzeniem górali było zamówienie sponsorowanego materiału i pokazanie uroków Beskidów w którymś z programów TVP typu Pytanie na śniadanie.
    - Otrzymaliśmy ofertę i okazało się, że koszt wyprodukowania takiego materiału to ok. 30-40 tys. zł. Nie stać nas na taki wydatek - mówi Jan Greń, dyrektor Ośrodka Promocji, Kultury i Sportu w Brennej.
    Władze kurortów zapytały więc o ceny Telewizję Ostrawa. Okazało się, że reklama w podobnym, przedpołudniowym programie u Czechów jest dużo tańsza. (...) Kilkunastominutowy program parę dni temu został wyemitowany po raz pierwszy, będzie jeszcze powtarzany .Jednorazowo mogli go także zobaczyć widzowie pierwszego programu czeskiej telewizji. Mało kto go w Polsce oglądał, bo niewiele osób, nawet w nadgranicznych miejscowościach, ogląda czeską telewizję. Czy będą tego jakieś efekty?
    W zeszłym roku pisaliśmy w Gazecie o tym, że Cieszyńskie Stowarzyszenie Wspierania Inicjatyw Gospodarczych Delta Partner za pieniądze Unii Europejskiej przeprowadziło badania ruchu turystycznego na terenie Beskidzkiej Piątki. Okazało się wtedy, że choć region odwiedza rocznie ponad 2,5 miliona turystów, to są to głównie mieszkańcy Górnego Śląska (ponad 70 proc.). Jak to się ma do reklamy w Czechach?
    - Ta promocja kosztowała nas zaledwie 6 tys. zł, jednak to wcale nie był zły pomysł. Czesi mieszkający w miejscowościach, gdzie zasięg ma ostrawska telewizja, mają w Beskidy bardzo blisko. To ludzie aktywni, lubią jeździć na nartach, rowerach, więc na terenie Beskidzkiej Piątki znajdą wiele atrakcji dla siebie - mówi Bartosz Tyrna z Delta Partner. (...)

    Wojewoda chce śląskiej loterii
    Gazeta wyborcza, Przemysław Jedlecki 2008.03.11, Wojewoda śląski marzy o powrocie Karolinki
    Zygmunt Łukaszczyk wpadł na pomysł reaktywacji regionalnej loterii Karolinka. Przed półwieczem gen. Jerzy Ziętek powołał ją, by zdobyć brakujące fundusze na WPKiW. W podobnym celu loteria może służyć i dzisiaj.
    Karolinka na Śląsku była tym, czym w całej Polsce Totolotek. Zwycięzca głównej wygranej dostawał nie tylko pieniądze, ale również np. działkę budowlaną i przydział na materiały budowlane. Ziętek, który był pomysłodawcą loterii, wpadł na pomysł, aby połowa wpływów trafiała do graczy, zaś połowa do urzędu wojewódzkiego. Dzięki temu Ziętek bez oglądania się na pieniądze z rządowej centrali mógł finansować WPKiW, sanatorium w Rabce czy Spodek. Loteria nie przeżyła PRL-u, została zlikwidowana w grudniu 1990 roku, ale do dziś z sentymentem wspomina ją wielu mieszkańców naszego regionu.
    - Moi rodzice też w nią grali - przypomina sobie wojewoda Zygmunt Łukaszczyk. Od jego współpracowników dowiedzieliśmy się, że właśnie wpadł na pomysł reaktywacji loterii. Oficjalnie nikt z nich nie chce na ten temat rozmawiać; tłumaczą, że dopiero trwa ustalanie szczegółów.
    Łukaszczyk potwierdza jednak te plany. - Nazwa Karolinka dobrze się kojarzy. W regionie mieszka pięć milionów osób i warto się pokusić o ponowne uruchomienie takiej gry. Oczywiście ludzie musieliby wygrywać w loterii, ale pieniądze można by przeznaczyć też na inne cele - mówi wojewoda.
    Już ma pierwsze propozycje. - To będzie próba wsparcia różnego rodzaju inicjatyw związanych ze sportem i kulturą. Przecież już dziś tak robi Totalizator Sportowy - snuje plany Łukaszczyk.
    Na razie prawnicy wojewody sprawdzają, jak w zgodzie z przepisami można uruchomić taką loterię. Nieoficjalnie wiadomo, że rozważany jest pomysł powołania specjalnej fundacji.
    - O mój Boże! - powiedziała nam Irena Kulawik, ostatnia szefowa Państwowego Przedsiębiorstwa Śląska Gra Liczbowa Karolinka, gdy usłyszała o pomyśle wojewody.
    Wspomina, że loterię zlikwidowano ze względu na dużą konkurencję Totolotka. - Gdy mówiłam o tym na ostatnim losowaniu, ludzie krzyczeli i płakali. Karolinka naprawdę cieszyła się długo powodzeniem. Przecież początkowo miała działać trzy miesiące, a trwała 34 lata! - mówi.
    Plany Łukaszczyka przypadły jej do gustu. Martwi się tylko, czy loteria da sobie radę w starciu z konkurencją. (...)

    Uniwersytet Opolski uhonorował Simonides
    Gazeta Wyborcza, ł 2008.03.10, Bartoszewski i Simonides odebrali doktoraty h.c.
    (...) Kandydaturę prof. Doroty Simonides zaproponował Wydział Filologiczny, prof. Władysława Bartoszewskiego - Wydział Historyczno-Pedagogiczny. Obydwie zatwierdził jednogłośnie senat uczelni. Senatorowie uznali, że niezłomna postawa prof. Bartoszewskiego, jego morale, pomoc Żydom w czasie wojny nagrodzona medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, cywilna odwaga, konsekwentne poglądy, a także ogromny dorobek naukowy i praca na rzecz dyplomacji polskiej uprawniają do wyróżnienia go doktoratem honorowym UO. Z kolei prof. Simonides postanowiono uhonorować przede wszystkim za pracę naukową, badania nad tradycją, nad jej znaczeniem w kształtowaniu tożsamości etnicznej Śląska, za wielką rolę, jaką odegrała w historii Uniwersytetu Opolskiego.

    Zobacz Śląsk na Silesia Tour
    ZobaczSlask.pl 2008.03.10
    Zapraszamy na II Międzynarodowe Targi Turystyczne SILESIA TOUR, które odbędą się w dniach 14-16 marca 2008 r. w katowickim Spodku. Podczas tego weekendu będzie można zapoznać się z ofertą całej branży turystycznej, wybrać ciekawą wycieczkę czy wczasy, ale również nawiązać liczne kontakty zawodowe. Podczas drugiej edycji SILESIA TOUR na 3500 m2 znajdować się będzie ponad 300 wystawców z całego świata. Sztab menedżerów przygotował dla odwiedzających szereg atrakcji, m.in. konkursy i wykłady tematyczne na temat Śląska.
    Swoje stoisko na targach będzie miał również największy śląski serwis internetowy ZobaczSlask.pl, który zachęci na nim do zapoznania się z literaturą o Śląsku i śląską muzyką popularną. Na stoisku będzie można zakupić najróżniejsze śląskie gadżety, od długopisów ze śląskimi nadrukami, poprzez koszulki, po flagi regionalne Górnego i Dolnego Śląska. Serwis ZobaczSlask.pl zaprasza również na cykl wykładów na temat zabytków Górnego Śląska, narodowości śląskiej oraz języku współczesnych Górnoślązaków, który rozpocznie się na terenie targów w piątek 14-go marca od godz. 16:30.
    Rosnące zainteresowanie turystyką poprzemysłową zainspirowało nas do uczynienia z niej motywu przewodniego kolejnej edycji Targów. W trakcie minionych Targów SILESIA TOUR nie zapomnieliśmy o Promocji Szlaku Zabytków Techniki jako sztandarowego produktu turystycznego przygotowanego przez Urząd Marszałkowski woj. Śląskiego. Inauguracja Szlaku w 2006 r. udowodniła konieczność wyeksponowania zabytków poprzemysłowych, przywrócenia ich dawnej świetności oraz do zaadaptowania ich do innych celów. Inwestycje mające na celu rewitalizację takich właśnie obiektów dają możliwość rozwoju turystyki przyjazdowej na terenie wschodniego Śląska.
    W kolejnej edycji Międzynarodowych Targów Turystycznych SILESIA TOUR pragniemy położyć nacisk na ten rozwijający się kierunek w turystyce. W pejzaż Śląska na stałe wpisały się wieże szybów kopalnianych, sztolnie, unikatowe obiekty poprzemysłowe. Chcielibyśmy, aby podczas tych targów przyjeżdżający mieli okazje do zapoznania się z tego typu zabytkami. Przygotowaliśmy na tę okazję study-tour po najciekawszych i najpiękniejszych zakątkach wschodniego Śląska tj. Osiedle Nikiszowiec, Szyb Wilsona, Kopalnia Guido.
    Podczas samych targów nie zabraknie również prezentacji sąsiednich regionów i krajów. Liczne występy muzyczne, koncerty, pokazy mody i tańca, z pewnością przybliżą odwiedzającym uroki wielu innych miejsc, ich kulturę i tradycję. Wszystko po to aby jeszcze bardziej zachęcić wszystkich do podróżowania. Przygotowaliśmy również przegląd filmów turystycznych, galerię zdjęć i fotografii związanych z naszym regionem.
    Dla wszystkich zainteresowanych, którzy odwiedzą nas w dniach 14-16 marca w Spodku przygotowaliśmy wiele konkursów ze wspaniałymi nagrodami. GÓŁWNA NAGRODA - SKUTER ZIPP oraz wycieczki do ciepłych krajów. Więcej szczegółów na Targach Turystycznych i na stronie organizatora: www.silesia-tour.com.pl.

    Holoubek chciał narodu śląskiego
    Gazeta Wyborcza, Iwona Sobczyk 2008.03.06, Gustaw Holoubek zawsze czuł się Ślązakiem
    Genialny aktor przez kilka lat mieszkał w Katowicach i grał na deskach Teatru Śląskiego. Zmarłego w czwartek Gustawa Holoubka opłakują jego dawni uczniowie i znajomi.
    Gdy w 1949 roku przyjechał do Katowic, by grać w tutejszym teatrze, Śląsk wydał mu się miejscem wyjątkowo nieprzyjaznym. Jednak został tu na siedem lat. Był nie tylko aktorem i kierownikiem artystycznym w Śląskim, ale też pedagogiem. Podobno szybko zmienił zdanie o Śląsku - Żartował, że gdyby kiedyś powstał naród śląski, to on by od razu do niego przystąpił. Bardzo często wspominał ten swój śląski okres, lubił go - opowiada Kazimierz Kutz, który znał zmarłego wczoraj artystę od ponad pół wieku. Po wyjeździe Holoubka do stolicy przez pewien czas mieszkał nawet w jego katowickim mieszkaniu, na szóstym piętrze drapacza chmur przy Żwirki i Wigury. Jeszcze przed Kutzem to samo mieszkanie zajmowali dawni uczniowie Holoubka ze Studia Teatralnego. Mistrz osobiście się o to upomniał i w ten sposób na dawnych dyrektorskich pokojach ulokowali się ze swoimi świeżo założonymi rodzinami Wojciech Standełło i Bernard Krawczyk. (...)
    Na scenie Teatru Śląskiego Holoubek zagrał: Pierczychina w Mieszczanach Maksyma Gorkiego, Filona w Balladynie, Jana Kazimierza w Mazepie i tytułowego Fantazego w sztuce Juliusza Słowackiego, a także Łatkę w Dożywociu Aleksandra Fredry i doktora Ranka w Domu lalki Henryka Ibsena. To w Katowicach też po raz pierwszy w swojej karierze zaczął reżyserować. W 1951 roku debiutował ze sztuką Howarda Fasta Trzydzieści srebrników. W 1954 roku został kierownikiem artystycznym katowickiej sceny i był nim przez dwa sezony. Udało mu się ściągnąć do współpracy samego Tadeusza Kantora. Wykładał też w działającym przy teatrze Studiu Teatralnym.
    Holoubek wyjechał z Katowic w 1956 roku. Prawdopodobnie zadecydowała opinia lekarzy, którzy uznali, że zmagający się z chorobą płuc artysta nie powinien mieszkać w zadymionych Katowicach.
    Chętnie przyjeżdżał tu jednak z różnymi swoimi spektaklami. Ostatni raz był tu w styczniu zeszłego roku, kiedy zainaugurował cykl spotkań z artystami zorganizowany z okazji 100-lecia teatru. Sala była pełna, a Holoubek - choć już bardzo schorowany - tak samo fascynujący jak zawsze. Na scenie odzyskiwał energię i pełnię swojego magnetycznego uroku.
    - Odpalał jednego papierosa od drugiego, na co patrzyliśmy z przerażeniem, bo przecież nie powinien był palić. Opowiadał niezwykłe rzeczy: o tym, jak był zdumiony niezwykłą pracowitością, skromnością i uczciwością Ślązaków i o tym, że jednocześnie byli to ludzie, którzy wyrażali swoje oczekiwania wobec sztuki w sposób bardzo odważny. Chcieli teatru, który wykracza poza szarzyznę, która ich otaczała, a on potrafił słuchać - i takie właśnie spektakle tworzył - wspomina tamte chwile Krystyna Szaraniec, dyrektorka Teatru Śląskiego.
    Jej zdaniem żaden polski aktor nie ma takiego autorytetu, jakim cieszył się Holoubek. - Nie sposób zacząć dziś spektaklu bez oddania hołdu tej wielkiej postaci - mówi Szaraniec.

    Królowa Luiza w nowych szatach
    Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2008.03.05, Królowa Luiza wreszcie w nowych szatach
    Starannie wyczyszczona cegła zabytkowych hal przyciąga wzrok już z daleka. Renowacji doczekała się także wieża wyciągowa, na której stanęła platforma. - To chyba pierwsze muzeum w kraju z punktem widokowym na górniczym szybie - chwali się Jan Gustaw Jurkiewicz, kierownik skansenu Królowa Luiza w Zabrzu.
    Nadziemna cześć skansenu to zabudowania wokół szybu Carnall przy ul. Wolności w Zabrzu. Większość budynków była w fatalnym stanie i od dawna czekała na remont. Rewitalizacja wiekowych górniczych hal rozpoczęła się wreszcie we wrześniu zeszłego roku.
    Najpierw starannie zabezpieczono folią największy skarb zabrzańskiego skansenu - działającą maszynę parową z 1915 roku. Przez lata ten olbrzym o mocy 2 tys. KM wciągał górniczą klatkę szybu Carnall. To właśnie ta maszyna zagrała jedną z głównych ról w kręconym przez brytyjską stację Discovery serialu o rozwoju europejskiego przemysłu. Niezawodny mechanizm przyciągał turystów nawet spoza granic kraju.
    Teraz maszyna zyskała równie atrakcyjną oprawę. Budynek maszynowni po remoncie przejrzał. Starannie wyczyszczony garnitur cegieł wygląda jak nowy. - To wzorcowy przykład rewitalizacji. Oprócz oczyszczenia elewacji, uzupełniliśmy brakujące elementy posadzki, ścian i wymieniliśmy okna - wylicza Jurkiewicz.
    W znacznie gorszym stanie była sąsiednia akumulatorownia. Budynek z muru pruskiego groził nawet zawaleniem. Dlatego najpierw trzeba było go rozebrać, by potem postawić na nowo. Teraz w jego wnętrzach będzie mieściła się recepcja ze stoiskiem informacyjnym, sklepem z pamiątkami i toaletami.
    Tuż obok stoi dawna zmiękczalnia wód przemysłowych zaadaptowana na biura i sale wystawiennicze. Zwiedzający będą mogli też wspiąć się na 25-metrową wieżę wyciągową, na której zamontowano platformę widokową. Stalowa konstrukcja wymagała odrdzewienia, a część wsporników trzeba było uzupełnić. W skansenie trwają jeszcze ostatnie prace wykończeniowe. Turyści będą mogli zwiedzać odnowiony szyb od maja.
    Przeprowadzone prace to pierwszy etap rewitalizacji górniczego skansenu. Kosztowały ponad 2,9 mln zł, z czego prawie 700 tys. pochodziło z funduszy unijnych. (...)

    Niszczą kolejny górnośląski zabytek
    Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2008.03.04, Byle jaki remont gmachu muzeum w Bytomiu
    Muzeum Górnośląskie, wybitne dzieło funkcjonalistyczne, ma zostać w tym roku odnowione. Zostaną m.in. ocieplone ściany i oczyszczona cegła. Jednak pieniędzy nie wystarczy, by budynkowi przywrócić wygląd z lat 30. XX wieku. Brzydkie, aluminiowe okna z pomarańczowymi szybami wciąż będą nas straszyć.
    Muzeum Górnośląskie budowane było w latach 1929-31 w niemieckim wtedy Bytomiu. Głośno już było w tym czasie o powstaniu Muzeum Śląskiego w polskich Katowicach, więc Niemcy nie chcieli być gorsi.
    W efekcie powstał wówczas najnowocześniejszy gmach muzealny zaprojektowany przez Alberta Stütza. Budynek był elementem przebudowy placu, którego wschodnią pierzeję zamknął przeszklony blok wystawowy z podcieniem z betonowych smukłych słupów. Na elewacji widoczna jest żelbetowa konstrukcja w postaci olbrzymiego rastra. Od północy plac zamknął ceglany budynek administracyjny.
    Muzeum imponowało szeregiem nowinek technicznych. Sale wystawowe było doświetlone światłem dziennym, pomagał w tym przemyślany system świetlików. Światło od dachu docierało nawet do piwnic, przez pięć kondygnacji rozprowadzały je kominy wyłożone białymi kafelkami. Był też system nadciśnieniowego napowietrzania sal i magazynów.
    Niestety, po wojnie muzeum zostało popsute kolejnymi remontami. Zamurowano świetliki, wymieniono okna w budynku wystawowym. Drewniane i pięciodzielne zostały zastąpione trójdzielnymi, aluminiowymi. Najgorsze były szyby - wstawiono bowiem pomarańczowe, które miały chronić zbiory przed promieniami UV, jednak przez to gmach z międzywojnia upodobnił się do biurowców z okresu PRL-u.
    Pomysł remontu budynku ma wreszcie szansę się ziścić. Muzeum otrzymało ok. 750 tys. zł. unijnej pomocy, prawie milnion złotych dołożył urząd marszałkowski. - Remont powinien ruszyć jeszcze w kwietniu i skończy się na przełomie lipca i sierpnia. Odnowione zostaną elewacje oraz pomieszczenia parteru - mówi Mieczysław Dobkowski, dyrektor Muzeum Górnośląskiego.
    Na parterze w pomieszczeniach zajmowanych wcześniej przez oddział Biblioteki Śląskiej powstanie świetlica muzealna dla dzieci. Na 300 m kw. będzie miejsce do zabaw edukacyjnych, warsztatów i konkursów.
    Elewacje zostaną oczyszczone, jednak tutaj pojawiają się pierwsze wątpliwości. Słupy żelbetowe są obłożone piaskowcem, niestety, od lat pokrywa je tynk nakropkowy. Podczas remontu nie przewiduje się oczyszczenia kamienia. Podobnie ze świetlikami, które nadal będą zamurowane, a ich przywrócenie mogłoby przynieść spore oszczędności w zużyciu energii elektrycznej. - To prawda, można by je przywrócić, bo ich konstrukcja nie jest naruszona. Ale to ogromne koszty, na które nas nie stać - rozkłada ręce dyrektor.
    Także aluminiowa stolarka okienna szpecąca całe muzeum nie zostanie zastąpiona zbliżoną do pierwotnej. Zostanie tylko oczyszczona i naprawiona. - Wymiana okien to także dodatkowe koszty, ale i problem organizacyjny. Musielibyśmy na czas remontu przenieść zbiory - dodaje Dobkowski. Dodatkowo ocieplone mają być dwa wewnętrzne podwórza, które mają elewacje w płytkach. Zakłada się ich oblepienie styropianem.
    Sytuacją zaniepokojeni są historycy sztuki. - Kolejny ważny obiekt funkcjonalistyczny w regionie przejdzie byle jaki remont. Wspomnę tylko o fatalnej renowacji zakładu kąpielowego w Bytomiu pochodzącego z podobnego okresu czy ociepleniu wydziału filologicznego w Katowicach - mówi Irma Kozina, historyk sztuki z Uniwersytetu Śląskiego.
    Kozina uważa, że nastały złe czasy dla architektury modernistycznej. (...) Nie rozumie, po co wydawać prawie dwa miliony złotych na remont, który nie przywróci pierwotnego wyglądu budynkowi muzeum.

    Szkoci kupują kopalnię Silesia
    Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2008.03.02, Szkoci kupują kopalnię Silesia za 205 mln zł
    Komisja przetargowa Kompanii Węglowej zdecydowała w poniedziałek o sprzedaży szkockiej grupie Gibson Group International kopalni Silesia w Czechowicach-Dziedzicach. Szkoci mają czas do połowy roku na wpłatę 205 mln zł.
    Kopalnia Silesia od 1995 r. przyniosła 150 mln zł strat. Może fedrować dalej, bo ma jeszcze ok. 100 mln ton węgla w zapasie, ale aby go wydobyć, konieczne są spore, bo szacowane na 350-400 mln zł, inwestycje. Kompanii Węglowej, w skład której wchodzi Silesia, nie stać na taki wydatek, więc w połowie zeszłego roku zdecydowano o jej sprzedaży prywatnemu inwestorowi.
    Choć zainteresowanych było kilku potentatów, m.in. czeski koncern OKD, ostatecznie ofertę złożyła tylko spółka Gibson Group International z Glasgow. Tymczasem Puls Biznesu napisał niedawno, że spółka GGI, która za Silesię gotowa jest zapłacić 205 mln zł (kopalnię wyceniona na 111 mln zł), ma zaledwie 100 funtów kapitału zakładowego. Gwarancje bankowe w imieniu GGI złożyła zaś firma zarejestrowana na Wyspach Dziewiczych, czyli w tzw. raju podatkowym.
    Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii, zapewnia, że komisja przetargowa dokładnie prześwietliła całą dokumentację. Komisja zgodziła się w poniedziałek na sprzedaż Silesii. Szkoci mają czas do 31 czerwca na wpłacenie reszty sumy. - Spółka spełniła do tej pory wszystkie wymogi formalne, w tym wpłaciła wadium w wysokości 4 mln zł, które przepadnie w przypadku niewywiązania się z umowy - mówi Madej. (...) Ostateczne podpisanie umowy sprzedaży nastąpi dopiero po wpłaceniu przez GGI całej sumy.
    Szkoci mogli liczyć na poparcie kopalnianych związków zawodowych. GGI już na samym początku negocjacji zapowiedzieli, że podpiszą pakiet socjalny z załogą. Według wstępnego porozumienia w przypadku sprzedaży Silesii górnicy zachowają obecne uprawnienia, w tym tak dla nich korzystne prawo do emerytury po 25 latach pracy na dole, a także 14. pensję oraz barbórkę.
    Związkowcy liczą, że inwestor przyzna też załodze premię prywatyzacyjną: 1000 zł dla górnika dołowego za każdy rok pracy w kopalni i 600 zł za każdy rok pracy na powierzchni. W pakiecie miałby się także znaleźć nietypowy punkt: przy przyjęciach do kopalni pierwszeństwo mieliby członkowie rodzin obecnie zatrudnionych w kopalni górników. Wcześniej GGI deklarował, że zwiększy zatrudnienie z 1000 do 1500 pracowników.

    Powieść o przedwojennym Oppeln
    Gazeta Wyborcza, Dorota Wodecka-Lasota 2008.02.29, Powieść, co dzieje się w przedwojennym Oppeln
    Joachim Friedlaender, lat 40, outsider w jednym z najznamienitszych opolskich rodów przedwojennego Opola, to bohater pierwszej powieści rozgrywającej się w przedwojennym Oppeln.
    Historyk i wielbiciel przedwojennego Opola Maciej Borkowski oraz poeta Dobromir Kożuch zapragnęli ożywić duchy dawnego Oppeln. I odżegnując się od tworzenia nadętej literatury, napisać powieść, której bohaterowie mieszkają w naszym mieście Anno Domini 1914. Po tym roku zacznie się symboliczny kres miasta.
    - W 1918 roku kończy się wojna, abdykuje cesarz, powstaje Republika Weimarska, potem mamy na Śląsku kolejne powstania, plebiscyt. Nie wiadomo, co się stanie z Opolem - snuje opowieść Maciej Borkowski. Ponieważ topografię dawnego miasta Borkowski ma w małym palcu, autorzy Friedlaendera, bo taki jest tytuł powieści, odtwarzają ją na stronicach książki z zegarmistrzowską precyzją.
    Fakt, że akcja toczy się wokół morderstwa, którego zagadkę wyjaśnia Joachim Friedlaender, sprawia, że porównanie z twórczością wrocławianina Marka Krajewskiego jest nieuniknione. To wszak dziś najgłośniejszy polski autor kryminałów. Nie licząc wydanej w styczniu Alei samobójców, wszystkie poprzednie rozgrywały się na ulicach przedwojennego Breslau, a makabryczne morderstwa wyjaśniał Eberhard Mock. Ale opolanie podkreślają, że nie ma mowy o zrzynaniu z wrocławianina.
    - Nie mamy aspiracji konkurowania z Markiem Krajewskim. Nasza powieść to raczej pastisz, intelektualna zabawa i literacki żart - zapowiadają Borkowski&Kożuch. I dodają, że Friedlaenderowi bliżej do Szwejka niż do Mocka.
    A pomysł na powieść, której akcja rozgrywa się w przedwojennym Opolu, pojawił się, gdy w ub. roku Muzeum Śląska Opolskiego udostępniło opolanom pieczołowicie odtworzoną kamienicę mieszczańską z przełomu XIX i XX wieku.
    - Zaczepiłem wtedy Maćka, który jest przecież zakręcony na punkcie przedwojennego Opola, i zapytałem, czy nie mogliśmy spróbować - wspomina Kożuch. (...)
    Jako że rola odrestaurowanej kamienicy przy ul. Wojciecha 9 odegrała istotną rolę przy rodzeniu się idei, autorzy powieści zakwaterowali bohatera właśnie przy Adalbertstrasse 9.
    Choć Joachim jest postacią wymyśloną, to jednak ma nazwisko przynależne do jednego z najznamienitszych żydowskich rodów przedwojennego Opola. Nestor tego rodu Victor adaptował budynek dzisiejszego Archiwum Państwowego na browar i produkował w nim piwo. Jego syn Marcus zbudował w 1870 roku nowy wielki browar Zamkowy w miejscu dzisiejszego Toropolu. Żona Marcusa - Julia - była wielką propagatorką działalności charytatywnej, ich syn Siegfried, przewodniczącym rady miejskiej i przywódcą opolskiej gminy żydowskiej. Z kolei wnuk Marcusa i Julii - Richard - założył cementownię Silesia we Wróblinie.
    - A w naszej książce Joachim jest z nimi wszystkimi skłócony. Bo źle się czuje w towarzystwie bardzo bogatych, zasymilowanych Żydów niemieckojęzycznych, ale też nie pragnie zanurzenia się w niemczyźnie pozażydowskiej - opowiadają autorzy.
    I dlatego Joachim klepie biedę i denerwuje się, że w knajpie Zur Stadt Breslau Rudolf Zentzytzki nie chce sprzedawać na krechę. Zentzytzki jest postacią autentyczną. Tak jak wszystkie, nie licząc Friedlaendera i kobiety o imieniu Aleksandra, które pojawiają się na kartach książki.
    Kiedy i przez kogo zostanie wydana książka Borkowski&Kożuch nie chcą na razie mówić. - Najpierw musimy ją dokończyć, zamknąć wszystkie prace przy niej. Nie chcemy sobie zawracać teraz głowy wydawcą - mówią.
    Bez wątpienia jednak powieść ma szansę stać się w Opolu absolutnym hitem. Bo przywraca miastu historię sprzed 1945 r. Dołożona do wydawnictwa mapka dawnego miasta pozwoli na wędrowanie śladami Joachima Friedlaendera.
    - Chcemy tchnąć w Opole mit. I uzmysłowić ludziom, że jego historia nie zaczęła się po wojnie. Że mieszkali tu ludzie, którzy kochali miasto, dla których było ono najważniejszym miejscem na ziemi - odpowiadają autorzy na pytanie, czemu tę książkę zechcieli napisać.

    Pod Zabrzem przepłyniemy łódką
    Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2008.02.26, Pod Zabrzem można będzie przepłynąć łódką
    Między Zabrzem a Chorzowem ponad 150 lat temu wydrążona została sztolnia, którą transportowano węgiel. Dzięki grupie zapaleńców może stać się wkrótce atrakcją turystyczną.
    Skarpa przy ulicy Karola Miarki, w samym centrum Zabrza, zaroiła się wczoraj od tłumu ludzi: górników, grotołazów i geologów. Z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Zabrzu przyjechały dwa zastępy górniczych ratowników i wpuściły pod ziemię gumową rurę, którą tłoczono powietrze.
    Otwór, przy którym wszyscy stanęli, podobny jest do zwykłej studzienki kanalizacyjnej, ale w XIX wieku znajdował się tu wlot do Kluczowej Sztolni Dziedzicznej. Miała służyć do spławiania węgla, ale bardzo szybko straciła rację bytu, bo transport koleją okazał się tańszy, więc została zamknięta. Od kilku lat grupa zapaleńców myśli o tym, jak zrobić z niej atrakcję turystyczną. Jako pierwsi pod ziemię zeszli ratownicy górniczy. W pełnym ekwipunku, jak do akcji w kopalni, z aparatami tlenowymi. - Kilkaset czy kilkanaście metrów nie ma znaczenia. Pod ziemią nigdy nic nie wiadomo - wyjaśniali. Sprawdzali, czy w środku jest bezpiecznie. - Jest niskie ciśnienie, a w chodniku jest dużo dwutlenku węgla. To grozi zatruciem - mówił po wyjściu Adam Ściuk, szef ratowników.
    Obok studzienki czekała sterta surowych desek. Trzeba je przenieść do środka. - Po przejściu kilometra w ogóle nie da się iść. Człowiek zapada się po szyję w błocie - tłumaczył Michał Maksalon, kierownik grupy grotołazów, która będzie pomagać w eksploracji podziemi. Z osób, które wczoraj zebrały się u wlotu do dawnej sztolni, on zna ją z pewnością najlepiej, był tam już 30 razy. - Podziemia są dobrze zachowane, ale w niektórych miejscach można się poczuć jak w prawdziwej jaskini. Są nawet naturalne nacieki - mówił.
    W ciągu najbliższych kilku tygodni sztolnię zbadają geolodzy i inżynierowie. Sprawdzą, w jakim jest stanie, i przeprowadzą pomiary. (...) Po badaniach można będzie przygotować projekt przedsięwzięcia. Miasto wyda na te prace milion zł. Znacznie więcej, bo aż 40 mln, trzeba będzie wydać na odnowienie całej sztolni. Według planów turyści mają zacząć zwiedzanie właśnie przy wlocie przy ul. Miarki. Tu wsiądą do kolejki, którą dojadą do podziemnego portu przeładunkowego ze zrekonstruowanym nabrzeżem, żurawiem, małym węzłem kolejowym i stajniami. W tym miejscu przesiądą do łodzi i dopłyną do dawnego szybu Carnall. Cała trasa ma liczyć prawie 2,5 km, wszystko kilkanaście metrów pod ziemią. - Gdyby udało się sfinalizować to przedsięwzięcie, Zabrze znalazłoby się w czołówce turystyki przemysłowej na świecie - ocenia Jan Gustaw Jurkiewicz, kierownik skansenu górniczego Luiza i jeden z pomysłodawców przedsięwzięcia.

    Śląska mowa nie dla idiotów
    Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2008.02.25, Silesiana: Śląska mowa nie dla idiotów
    Osoby, które mówią po śląsku, są często traktowane jako niekulturalne i niedouczone. - To efekt czasów PRL-u, gdy mowę śląską sprowadzono do pozycji przaśnej, wiejskiej gwary. Czas z tym skończyć - mówi założyciel stowarzyszenia, które chce promować śląską mowę.
    Stowarzyszenie Pro Loquela Silesiana powstało w ostatnich dniach stycznia. Wśród jego założycieli jest m.in. Bogdan Kallus, autor Słownika górnoślonskij godki, Mirosław Syniawa, który przygotował w zeszłym roku tekst internetowego dyktanda w gwarze śląskiej, i Rafał Adamus, ekonomista z Chorzowa.
    Adamus wyjaśnia, że pomysł powołania stowarzyszenia, które będzie się troszczyło o mowę śląską, zrodził się niedawno. - Część internautów chce pisać po śląsku, niektórzy też tak wysyłają sms-y. Okazało się jednak, że w języku polski nie ma znaków graficznych, które odpowiadają śląskim głoskom - wyjaśnia Adamus. Dlatego jednym z najważniejszych zadań stowarzyszenia jest opracowanie takich znaków i wprowadzenie ich do alfabetu śląskiej mowy. - Przy pomocy naukowców staramy się wszystko skodyfikować. Chodzi o wspólną ortografię i normy gramatyczne - dodaje Adamus.
    Kodyfikacja będzie pierwszym krokiem do starań o uznanie mowy śląskiej za język regionalny (Biblioteka Kongresu USA już w zeszłym roku uznała śląski jako jeden z używanych języków - przyp. red). By tak się stało, należy jednak zmienić ustawę o mniejszościach etnicznych i językach regionalnych. Dziś wymienia ona tylko język kaszubski. Ustawę w tej sprawie przygotowuje Lucjan Karasiewicz, poseł PiS-u z Koszęcina. - Będę prosił wszystkich śląskich posłów, by poparli ten projekt. Bez głosów Platformy nie ma on szans powodzenia - przyznaje Karasiewicz.
    Stowarzyszeniu zależy również na odpowiednim traktowaniu śląskiej mowy. W zeszłym roku Gazeta pisała o tym, że godka stała się elementem popkultury. Studenci na imprezach popisują się, używając jej jak slangu. Ze śląskiego czerpały reklamy też takich marek, jak: McDonald\\\'s (Jo wola szejk), mBank (Mnie niy pytoj), Praktiker (Nierozgarnięci kupują wcześnie - zaczekej).
    - To dobrze, bo im więcej będzie śląskiego w mediach, tym bardziej będzie znany - ocenia Adamus. (...)

    Kamery na Wielkich Derbach Śląska
    Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 2008.02.22, Ukryte kamery na Wielkich Derbach Śląska
    Nie ma obaw, że zaplanowane na 2 marca derby Ruchu Chorzów z Górnikiem Zabrze zostaną odwołane z powodu protestu policjantów. Mało tego: policja podczas meczu zastosuje środki bezpieczeństwa, o jakich w Polsce nikomu się jeszcze nie śniło!
    Kilka dni temu Gazeta ujawniła, że niezadowoleni z podwyżek policjanci z katowickich oddziałów prewencji zagrozili, że 2 marca, w dniu meczu Ruchu z Górnikiem na Stadionie Śląskim, wezmą zwolnienia lekarskie. W takiej sytuacji mecz należałoby odwołać, bo policja nie byłaby w stanie zapewnić bezpieczeństwa 40 tysiącom kibiców.
    Szef śląskiej policji spotkał się z policjantami i obiecał, że różnicę w podwyżkach wyrówna im, zwiększając dodatek motywacyjny. To ostatecznie zamknęło temat protestu. - Jesteśmy przygotowani na derby, a kibice nie muszą się obawiać, że zostaną one odwołane z powodu protestu policjantów - zapewnił wczoraj Gazetę podinspektor Krzysztof Kwiatkowski, wiceszef katowickiej komendy, który kieruje operacją zabezpieczania meczu.
    Policja do zabezpieczenia porządku przed i po derbach zmobilizowała ogromne siły. Po raz pierwszy w historii do monitorowania udających się na Stadion Śląski kibiców wykorzysta ukryte, miniaturowe kamery z wyłapującymi rozmowy mikrofonami kierunkowymi. Z naszych informacji wynika, że zostaną one wpięte w ubrania nieumundurowanych policjantów, którzy wmieszają się w tłum szalikowców. - Będą też montowane statycznie, ale w miejscach, o których kibicom się nawet nie śniło. Takiego systemu jeszcze w Polsce nie testowano - przyznaje podinspektor Kwiatkowski. Obraz z kamer będzie można śledzić w policyjnym centrum dowodzenia. Komenda dostała też wstępną zgodę na sprowadzenie nad stadion śmigłowca z odrębnym systemem monitoringu.
    Jadący pociągami kibice Ruchu będą wysiadali w Chorzowie Batorym, a Górnika w Katowicach Załężu (pierwsze pociągi przyjadą tam ok. 11.30). Stamtąd autobusami - w asyście policji - zostaną przewiezieni w okolice Stadionu Śląskiego.
    W dniu meczu drogówka zamknie drogi wjazdowe na osiedle Tysiąclecia (korzystać z nich będą mogli tylko mieszkańcy). Samochody z zabrzańskimi i chorzowskimi numerami rejestracyjnymi kierowane będą na dwa oddalone od siebie parkingi. (...)

    Śląsk namiętnością
    Rybnik.com.pl, ww 2008.02.20
    Dyskusja o śląskości jest potrzebna - to wnioski płynące z arcyciekawych Śląskich Walentynek, które odbyły się w Domu Kultury w Chwałowicach.
    Podczas imprezy uczestnicy mogli obejrzeć 2 ciekawe filmy dokumentalne o Śląsku z cyklu Górnośląskie odkrywanie świata. W pierwszym, historyczne granice Śląska wytyczał były wojewoda śląski - Wojciech Czech. W drugim, o przeszłości, ale i przyszłości śląskich gwar opowiadał językoznawca prof. Jan Miodek.
    Między projekcjami filmów odbyła się dyskusja z udziałem dr. Zbigniewa Kadłubka, którą moderował szef Koła Literackiego Domu Kultury w Chwałowicach - Mateusz Strużek. Doktor Kadłubek, który jest autorem książki Myśleć Śląsk mówił, że jego miłość do Śląska można nazwać namiętnością, wszak łacińska nazwa Silesia jest w rodzaju żeńskim. - To, co w minionych wiekach, ale i również teraz wyróżnia Śląsk z innych regionów Europy Środkowej, to jego otwartość i różnorodność. Śląsk był zawsze miejscem spotkania. Tutaj ludzie mieli możliwość wyboru kultury. A proszę pamiętać, że Europa Środkowa nigdy nie była łatwym miejscem do życia - mówił Kadłubek.
    Publicysta zauważył też, że Ślązakom mentalnie zawsze bliżej było do Czechów niż do Polaków. - Mieszkańcy Śląska bardziej wykazywali się czeskim instynktem przetrwania, niż skłonnością do polskiego wymachiwania szabelką - mówi.
    W swojej książce wiele miejsca autor poświęcił też językom jakich używało się na Śląsku. - Do określeniu swojej tożsamości język Ślązakom nigdy nie był specjalnie potrzebny. Ślązakami czuli się zarówno mówiący po polsku, niemiecku, jak i po czesku - twierdzi Kadłubek. Jego zdaniem, Ślązakom zabrakło jak dotąd odwagi, aby nadać odpowiednią rangę tutejszej gwarze, jak choćby zrobili to Kaszubi. - By śląska gwara przetrwała konieczna jest jej kodyfikacja. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w tej pięknej gwarze powstawały rozprawy filozoficzne - przekonuje. Sam zamierza w najbliższym czasie jeden ze swoich esejów napisać gwarą.
    Kontrowersyjnym wątkiem dyskusji były powstania śląskie. Zdaniem dr. Kadłubka fakt, iż w powstaniach Ślązacy (niejednokrotnie bracia) stawali po różnych stronach barykady, to ciemna karta w historii tego miejsca. - Poza tym wiele źródeł pokazuje, że zainteresowanie Ślązaków powstaniami było - delikatnie mówiąc - ograniczone - twierdzi. Taki punkt widzenia poruszył kilku obecnych na sali. - Powstania śląskie miały kluczowy wpływ dla przyszłości tego regionu. Takimi stwierdzeniami godzi pan w pamięć naszych dziadków, którzy przelewali krew - grzmiał były nauczyciel i wiceprezydent Rybnika Jerzy Frelich.
    Zbigniew Kadłubek na zakończenie powiedział, że w przyszłość Śląska patrzy z nadzieją. - To miejsce niespodzianek. Mam wewnętrzne przeświadczenie, że swoim potencjałem Śląsk jeszcze nas zaskoczy - reasumował bohater spotkania. (...)

    Górnośląskie zabytki bez ochrony
    Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2008.02.18, Na Śląsku nie ma kto pilnować zabytków
    Nasze województwo ma najwięcej zabytków techniki. Niestety, pieczę nad nimi sprawuje praktycznie tylko dwóch pracowników Biura Śląskiego Konserwatora Zabytków. Dlatego są trudności z wpisywaniem nowych obiektów do rejestru i dbaniem o ich ochronę.
    W Katowicach przed kilku laty trzeba było wykreślić z rejestru zabytków zabudowania szopienickiej huty Uthemann. Powód: ceglane budynki rozkradli szabrownicy. Być może sytuacja wyglądałaby lepiej, gdyby nadzór nad obiektami był większy. - Pracowników mamy za mało, co bardzo utrudnia rzetelne sprawowanie obowiązków - tłumaczy Barbara Klajmon, śląski wojewódzki konserwator zabytków.
    Dodaje, że praca inspektorów to mnóstwo roboty papierkowej. Ich obowiązkiem są też częste wizje lokalne, a w rozległym województwie dojazd do zabytków zajmuje nieraz kilka godzin. Czasami brakuje więc czasu na interwencje w nagłych przypadkach. - Jeszcze za poprzedniego wojewody liczyliśmy na zwiększenie zatrudnienia. Powoli stajemy się niewydolni, a przecież nasz urząd musi często szybko reagować. Tym bardziej teraz, kiedy coraz częściej zabytkowe obiekty chcą przebudowywać nowi inwestorzy - dodaje Klajmon.
    Ryszard Kolibaj, właściciel stuletniej wieży wodnej w Świętochłowicach, ostatniej w mieście, już od kilku lat stara się o wpisanie jej do rejestru zabytków. - Zależy mi na tym, bo to otworzy mi drogę do otrzymania dofinansowania na remont. Jednak u wojewódzkiego konserwatora ciągle słyszę, że muszę jeszcze poczekać w kolejce, bo mają mnóstwo innych wniosków - tłumaczy Kolibaj.
    Konserwator wojewódzka przyznaje, że z wpisem do rejestru jest najtrudniejsza sprawa. - Ta procedura trwa najdłużej, bo wymaga dokładnej wizji lokalnej i stworzenia pełnej dokumentacji obiektu, a ze względów kadrowych musimy ją zlecać na zewnątrz. Wyłaniamy jej wykonawców w drodze przetargowej, co jeszcze wydłuża procedurę - wyjaśnia Klajmon. W dodatku nasze województwo jako jedyne nie ma Regionalnego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków, które stanowią zaplecze naukowe dla urzędów konserwatorskich. (...)

    Kara za lojalność wobec Śląska
    Dziennik Zachodni, Agata Pustułka 2008.02.19
    Czworo posłów Platformy Obywatelskiej z województwa śląskiego - Danuta Pietraszewska, Halina Rozpondek, Kazimierz Kutz i Piotr van der Coghen - wbrew decyzji władz klubu parlamentarnego, w głosowaniach nad budżetem, poparło lokalne poprawki i inwestycje. Teraz władze klubu za lojalność wobec regionu chcą ich ukarać finansowo!
    Rekordzistą wśród niepokornych posłów jest Kazimierz Kutz, który nie był obecny na 21 głosowaniach, a poprawki korzystne dla regionu, wbrew klubowej dyscyplinie, poparł 15 razy. - Po prostu głosowałem zgodnie z sumieniem. W pierwszej kolejności jestem posłem ze Śląska, a nie posłem partii, bo przecież do PO nie należę - wyznaje Kutz. Jego osoba dla Platformy okazała się bezcenna - w ostatnich wyborach poparło go ponad 113 tysięcy wyborców, co spowodowało, że z katowickiej listy PO do Sejmu weszło aż sześciu kandydatów.
    Posłanka Danuta Pietraszewska z Rudy Śląskiej trzy razy zagłosowała niezgodnie z dyscypliną. - Jak trzeba będzie zapłacę karę bez mrugnięcia okiem - wyjaśnia.
    A ile wynoszą kary za bak dyscypliny w Platformie Obywatelskiej? - Ustaliliśmy, że jedno głosowanie niezgodne z dyscypliną kosztować będzie 500 złotych. Tyle samo kosztuje nieusprawiedliwiona nieobecność podczas głosowania. Wielu parlamentarzystów szuka bowiem wybiegów i aby nie głosować w danej sprawie wychodzi z sali albo nie wkłada karty do głosowania - wyjaśnia Mirosława Nykiel, rzecznik dyscypliny klubu PO. Z jednej strony nie chcą podpaść swoim wyborcom, a z drugiej partii, którą reprezentują w Sejmie. - Zresztą każdy poseł będzie miał szansę się usprawiedliwić - dodaje Mirosława Nykiel.
    Inaczej sprawę komentuje wiceszef klubu Platformy Obywatelskiej Grzegorz Dolniak: - Te poprawki nie miały żadnej szansy na przegłosowanie. Cynicznie zgłaszali je posłowie Prawa i Sprawiedliwości, by zmusić naszych posłów do złamania dyscypliny - twierdzi Dolniak.
    Na 29 posłów PO z województwa śląskiego czworo wyłamało się i głosowało za poprawkami budżetowymi korzystnymi dla regionu. Wielu innych nie było obecnych nawet podczas kilkunastu głosowań chociaż siedziało w ławkach, bądź wychodziło tylko na chwilę z sali. Część z nich celowo nie głosowała: z jednej strony nie chcieli podpaść wyborcom, a z drugiej partii, której szyld wprowadził ich do Sejmu.
    Rekordzistą wśród posłów PO jest Kazimierz Kutz, który nie był obecny na 21 głosowaniach, a poprawki korzystne dla regionu, wbrew klubowej dyscyplinie, poparł 15 razy. Władze klubu PO nie chcą tego puścić płazem.
    - Jeśli teraz się nie zdyscyplinujemy to przepadną ważne ustawy, których przegłosowanie czeka nas w najbliższej przyszłości - mówi posłanka Mirosława Nykiel, klubowy rzecznik dyscypliny.
    - Zawsze staram się postępować zgodnie z partyjnymi ustaleniami, wszak w poprzedniej kadencji byłam rzecznikiem dyscypliny w klubie, ale tym razem złamałam się trzy razy - mówi samokrytycznie posłanka Halina Rozpondek z Częstochowy. - Wyjaśnię swoje motywy władzom klubu i poczekam na decyzję.
    Poprawki nie miały szans na przegłosowanie, ale jak tłumaczą parlamentarzyści działali zgodnie ze swoim sumieniem.
    - Trudno było postąpić inaczej skoro w poprzedniej kadencji jako posłanka opozycji walczyłam o inwestycje w Rudzie Śląskiej - twierdzi posłanka Danuta Pietraszewska, która także trzykrotnie głosowała niezgodnie z partyjną dyscypliną. (...)
    - Nie działamy dla poklasku, lecz dobra ogólnego. Jest mi bardzo przykro, że tak się stało, bo umowa, tuż przed głosowaniem była inna - grzmi wiceprzewodniczący klubu PO Grzegorz Dolniak. - Ustaliliśmy, że obecny budżet przyjmiemy bez większych zmian.
    - Budżet na 2008 rok dla województwa śląskiego jest po prostu fatalny - ocenia posłanka PiS Ewa Malik. - Straciliśmy pieniądze na dofinansowanie wyższych uczelni, składowisko odpadów w Tar-nowskich Górach, ważne inwestycje drogowe. W poprzedniej kadencji też głosowałam wbrew zaleceniom klubu PiS np. za wsparciem Euro-terminalu w Sławkowie, ale nikt mnie nie karał.
    - Ja wiedziałem o dyscyplinie, ale po prostu sumienie nie pozwoliło mi głosować przeciwko środkom na ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych w Dąbrowie Górniczej. Trudno. Poparcie tej sprawy jest warte nie tylko tych 500 złotych kary, jaką będę musiał zapłacić - wyjawia poseł Piotr van der Coghen.
    - Trzeba grać w zespole, choć czasem serce chce inaczej - twierdzi posłanka Beata Małecka-Libera, która głosowała zgodnie z przykazaniem władz partyjnych. - Liczę, że środki na nasze lokalne sprawy uda się zdobyć bezpośrednio w resortach.
    Prezydium Klubu PO ma się zebrać w przyszłym tygodniu. Zobaczymy o ile wzbogaci się konto klubu biorąc pod uwagę, że do ukarania jest kilkudziesięciu posłów tej partii. (...)
    Śląscy parlamentarzyści zapłacą za złamanie dyscypliny głosowania
    Kazimierz Kutz - 15 razy
    Danuta Pietraszewska - 3 razy
    Halina Rozpondek - 3 razy
    Piotr van der Coghen - 1 raz
    Posłowie PO woj. śląskiego wbrew dyscyplinie klubu poparli m.in.:
    - inwestycje drogowe w Rudzie Śląskiej i Częstochowie;
    - dotację dla UŚ;
    - likwidację bomby ekologicznej na wysypisku w Tarnowskich Górach;
    - środki na ośrodek rehabilitacji dla dzieci niepełnosprawnych w Dąbrowie Górniczej.

    Balkan woził za darmo i na czas
    Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2008.02.17
    W noc sylwestrową 1976 r. szef kolejki napisał kredą na ostatnim wagonie: Do likwidacji. Nie wiadomo, ilu było wówczas pasażerów. Źródła niewiele mówią o tym ostatnim kursie. Krąży legenda, że maszynista zmarł na zawał serca, gdy dojechał do ostatniej stacji.
    - Zośka piskej! Trza odjeżdżać! - śmiali się górnicy do konduktorki, która z gwizdkiem czekała na peronie, aż wszyscy wsiądą do Balkanu. Za moich czasów wagony były podzielone: dla pracowników kopalni, którzy jechali w roboczych, brudnych ubraniach, dla matek z dziećmi i dla cywilów, takich jak ja, kiedy w odświętnej sukience jechałam z Nikisza na Giszowiec z mamą albo babcią odwiedzić rodzinę - wspomina Joanna Gołomb.
    Połączył je wąski tor
    Giszowiec i Nikiszowiec zawsze żyły ze sobą w symbiozie. Mężczyźni z obu dzielnic pracowali w kopalni Giesche. Tworzyły się przyjaźnie, rodziny się mieszały. Przez długie lata na Giszowcu nie było kościoła. Wszyscy spotykali się co niedzielę w nikszowieckiej św. Annie.
    W Giszowcu było za to więcej miejsc do spacerów, na pikniki czy festyny. Ludzie z Nikisza chętnie spędzali majówki w otaczających osiedle lasach. Nie byłoby tej wspólnoty bez wąskotorówki. Nazywano ją Balkan. Nie wiadomo, skąd się ta nazwa wzięła. Być może kolejkę żartobliwie porównywano z Balkan Ekspresem kursującym między Paryżem a Konstantynopolem?
    W każdym razie kolejka kursowała. - Pod koniec XIX w. na Górnym Śląsku wokół dużych zakładów powstawała sieć kolejowa. Początkowo Balkanem jeździli tylko górnicy, ale zaraz do wagonów zaczęli się dosiadać zwykli mieszkańcy - mówi Krzysztof Soida, główny specjalista w PKP Cargo w Katowicach, miłośnik transportu szynowego. Wagoniki sunęły po torach o szerokości 785 mm. W pierwszej połowie XX w. Balkan był jedną z najnowocześniejszych kolejek w Europie. W latach 30. napędzała ją już elektryczność. - Dla porównania: w tym samym czasie państwowe kolejnictwo przemysłowe w Warszawie dopiero się elektryfikowało - dodaje Soida.
    Trzy kilometry, sześć przystanków bez żadnego grosza
    Wagony Balkanu były proste, ale wygodne. Drewniane siedzenia ustawiono wzdłuż ścian, w których były niewielkie okienka. Po zmroku w wagonach było ciemno. Gdy było ciepło, nikt nie zamykał rozsuwanych drzwi. Dla bezpieczeństwa między jedno a drugie skrzydło zakładano łańcuch.
    Trasa miała około 3 km długości. Pierwszy przystanek - Giszowiec. Dziś jest tu skrzyżowanie ulic Mysłowickiej i Szopienickiej, obok sklep Plusa. Przystanek drugi - naprzeciwko domków Korei, a następny przy szybie Pułaski. Potem dyrekcja kopalni, szyb Wilson i ostatnia stacja przy szybie św. Jerzy, gdzie dziś są korty tenisowe. Maksymalna prędkość - 20 km/godz. Balkan odjeżdżał z Giszowca co godzinę i pokonywał trasę w 20 min. I najważniejsze: podróżowało się za darmo!
    Rozkład jazdy w ciągu lat się zmieniał. Zwyczajowo jednak pierwszy kurs był tuż po godz. 4. rano, by górnicy mogli zdążyć na pierwszą szychtę. Ostatni - około godz. 22. Ludzie pamiętają, że po wojnie ostatni Balkan odjeżdżał z Giszowca około północy. - Pamiętam to, bo ostatnim pociągiem wracałem do domu od kolegów z Nikiszowca. Wiadomo, zbierało się towarzystwo, człowiek chciał jak najdłużej posiedzieć. I na ten ostatni pociąg nie można się było spóźnić ani sekundy. Balkan chodził jak w zegarku! Od zawsze tak było, bo ja kolejką zacząłem jeździć już za bajtla. Razem z kolegami robiliśmy zawody, kto najdłużej wyciągnie się za łańcuch przy otwartych drzwiach. Trzeba było uważać na konduktorów, bo łapali. My się nie baliśmy, bo zabawa była bezpieczna. Wagoniki sunęły powoli, jakby się na rowerze jechało - śmieje się Jan Goebel urodzony w Giszowcu w 1941 r.
    Jazda bez wypadków
    Balkan był bezpieczny. Nigdy nie odnotowano żadnego wypadku. Znany jest właściwie tylko jeden incydent, ale kto wie, czy był to wypadek, czy też maszyniście puściły nerwy. - W 1947 r.. Rosjanie wywozili węgiel z kopalni. Ich tory, oczywiście te szerokie, biegły od szybu Wilson w poprzek Szopienickiej, niedaleko dzisiejszego szpitala. I właśnie w bok radzieckiego pociągu wjechał dużo mniejszy Balkan. Nikomu nic się nie stało. Radziecki pociąg się wykoleił, a Balkan ani drgnął - mówi Soida.
    Po wojnie między dzielnicami zaczęły kursować autobusy. - Ja wolałam jeździć Balkanem. Nawet gdy już byłam dorosła, korzystałam z kolejki. Atmosfera była miła, pasażerowie żartowali. Nieraz usmolony górnik mówił na peronie elegancko ubranej dziewczynie: Proszę się odsunąć! Ubrudzi się sukienka, to mąż pomyśli, że się pani przytulać chciała...
    Tłoczno było w niedzielę, bo całe rodziny jeździły z Nikisza na Giszowiec. Jak w Giszowcu nie było jeszcze bloków, to festyn za festynem był tam organizowany. Towarzystwo już rano przyjeżdżało i bawiło się do późnego wieczora - wspomina Gołomb.
    Niestety, nie zachowały się oryginalne teksty na temat Balkanu. A ponoć istniały o nim pieśni i anegdoty. Zostały fotografie. Wiele w prywatnych archiwach. Na przedwojennych zdjęciach widać zadbany pociąg z wypucowaną lokomotywą, której komin błyszczy. Zostały też obrazy Ewalda Gawlika. Balkan, wielokrotnie utrwalony na płótnach artysty, udowadnia, że był nierozerwalną częścią tych dzielnic.
    Oni kolejkę zarżnęli
    Lata 70. to zmierzch Balkanu. - Kopalnia Wieczorek przestała dbać o kolejkę. Nie pasowała do nowych czasów. Wagony przestały być myte, nie konserwowano ich. Ludzie zaczęli kupować samochody, pojawiło się więcej autobusów. Ale myślę, że Balkan został dorżnięty celowo - uważa Soida. Władzy ludowej Balkan źle się kojarzył. Była to kolejka zbudowana przez kapitalistę.
    - Ostatni kurs? Nie pamiętam. Dla mnie Balkan to była część życia, tak jak giszowieckie domki. Jak zaczęli je burzyć, zamknęli też kolejkę. Wszystko się zmieniło. Pyta mnie pani o ostatni kurs. To tak, jakby mnie pani pytała o ostatnie wyburzenie. To wszystko zlało się w jedną całość, aż się człowiekowi łza kręci w oku. A tego Balkana to wielu szkoduje. Dobra była rzecz dla ludzi, po co ją zniszczyli? - pyta Jan Goebel z Nikiszowca.
    Soida wspomina, że trzy lata po ostatnim kursie Balkana, jeszcze jako świeży pracownik PKP, był w urzędzie miejskim na naradzie. - Miasto chciało wskrzesić kolejkę. Pojawił się argument, że byłoby to kolosalne ułatwienie dla mieszkańców, którzy niedzielę chcieli spędzać poza domami, na łonie przyrody. Na próżno. Wagony Balkana przewoziły już tylko worki z pyłem neutralizującym pył węglowy. Kopalnia powiedziała stanowczo nie. I to już był ostateczny krzyżyk dla kolejki - mówi Soida.
    Dziś dwa wagoniki stoją w pobliżu szybu Pułaski. Można je oglądać i fotografować, ale tylko za zgodą dyrekcji kopalni Wieczorek. (...)
    W tekście wykorzystałam informacje z książki Haliny Gerlich Kopalnia Wieczorek, 1826-2006. Dzieje, tradycje, współczesność

    Sztuka może zmienić wizerunek Śląska
    Gazeta Wyborcza, Sebastian Cichocki 2008.02.15
    Kultura jest przyszłością Górnego Śląska - słyszę to zdanie coraz częściej powtarzane przez lokalnych polityków i decydentów niczym tajemne zaklęcie o zbawczej mocy. Niestety, zazwyczaj nie stoi za tym żadna głębsza refleksja ani też zrozumienie dla współczesnych mechanizmów kulturowych - pisze Sebastian Cichocki.
    Nie bądźmy naiwni, sztuka nas nie ocali. Z pewnością jednak pomoże w dostarczeniu właściwych narzędzi, aby otaczającą rzeczywistość objąć i lepiej zrozumieć. Nie myślę tu jednak o sztuce, która jest tylko i wyłącznie dekoracją, dopełnieniem wizyty w hipermarkecie, przyjemnym masowaniem gałek ocznych.
    Już niemal 200 lat temu, co wciąż nie wszyscy chcą zaakceptować, artystów przestała zadowalać rola bezwolnych kopistów, zakładników możnych marszandów. Niektórzy twórcy, i nie jest to bynajmniej wynalazek ostatniej dekady, postanowili oddać się patroszeniu rzeczywistości, obnażając jej ciemne strony i ukryte reguły. Jednocześnie podjęli ryzyko bycia kozłem ofiarnym obrońców konserwatywnego porządku. Tak jest do dziś. Wyświechtane slogany o kulturze jako panaceum na ekonomiczne i społeczne bolączki nie będą miały żadnych realnych konsekwencji, jeśli nie będzie im towarzyszyć świadomość zmian, jakie zaszły w sztuce.
    Tak zwane kreatywne miasta, otwarte i wabiące ekonomiczny kapitał, stoją na fundamencie różnorodności i tolerancji. Nie tylko bezwarunkowej wolności artystycznej, ale i akceptacji szeroko pojmowanego innego. Dzisiejsza sztuka jest areałem, gdzie częściej wypowiada się wojny niż zawiera kompromisy. A właśnie w nieporządku i chaosie ukryty jest potencjał zmiany. Jaka więc może być rola sztuki na Górnym Śląsku? Kalkulacja jest prosta - dla niektórych regionów inwestycja w kulturę, i to w jej najbardziej elitarnym wydaniu, jawi się jako jedyna (nie ukrywajmy, że również najtańsza) szansa na zwrócenie na siebie uwagi. Stąd chociażby planowane w tym roku otwarcie największego w USA nowego biennale sztuki w Nowym Orleanie. Po co? Jak opowiadał mi jego kurator Dan Cameron, głównie po to, aby zmienić wizerunek regionu zdewastowanego przez huragan Katrina i kojarzącego się z konfliktami na tle rasowym. A przy okazji po to, aby przyciągnąć 100 tys. turystów, którzy będą wydawać pieniądze w lokalnych restauracjach i hotelach. Prosty przepis. A teraz inny równie ważny wątek - ciągłość sztuki. Podczas ostatniej edycji Documenta w Kassel, jednej z najważniejszych imprez artystycznych na świecie, pokazano na jednej wystawie m.in. dalekowschodnie ryciny z XIV w., konceptualne prace Kovandy, irański dywan sprzed 200 lat oraz polityczny film Żmijewskiego. Wspólnie tworzyły jedną, spójną, choć wielowątkową, narrację.
    Co wynika z takiej lekcji? Historia sztuki nie rozwija się linearnie. To raczej spiralnie podróże, ciągłe powroty do porzuconych wątków, anektowanie nowych obszarów. Dlatego uparte wytyczanie granic pomiędzy sztuką dawną a współczesną jest skazane na niepowodzenie. Pomyślmy, jak istotny jest to wniosek dla Śląska - miejsca osadzonego mocno w tradycji, jednak szukającego dla siebie nowej szansy w przyszłości. Czy nie powinniśmy zaufać artystom, ich - nieraz przeklętej - intuicji i wyobraźni? Zachęcam do włączenia się w debatę na temat roli sztuki najnowszej w naszym regionie. Zacząć warto chociażby od nowego Muzeum Śląskiego. Bo wybór budynku to nie wszystko. Kluczowe staje się rozstrzygnięcie, czy budować chcemy, jak pisał Ad Reinhardt, grobowce dla sztuki czy też żywe muzea. W tych drugich znajdzie się miejsce zarówno na celebrowanie tradycji, jak i sabotaże wycelowane w ceniących sobie święty spokój urzędników. (...)

    Śląskie przegrywa w Brukseli
    Dziennik Zachodni, Agata Pustułka 2008.02.15
    Zmarnowane szanse i pieniądze to najkrótsza recenzja dotychczasowych działań funkcjonującego od 2002 roku Biura Regionalnego Województwa Śląskiego w Brukseli. Chociaż na utrzymanie biura sejmik wydawał po kilkaset tysięcy rocznie efektów pracy kolejnych dyrektorów nie widać nawet przez szkło powiększające.
    W 2006 roku w Biurze była zatrudniona tylko jedna osoba, która pełniła obowiązki dyrektora, bo poprzedni dyrektor podał się do dymisji, a władze województwa nie zadbały by zmienić ten stan bezkrólewia i wzmocnić śląską reprezentację w UE.
    W samej Brukseli działa ok. 1700 biur regionalnych i lobbingowych, co przekonuje, że warto inwestować w promocję województwa, bo inni odnoszą sukcesy przekładające się na konkretne wsparcie finansowe. Mowa tu zwłaszcza o tzw. konkursach krótkoterminowych, gdy do wzięcia są środki dla organizacji pozarządowych. - Tymczasem przesypiamy te konkursy, nie otrzymujemy informacji - ocenia eurodeputowana prof. Genowefa Grabowska.
    Witold Naturski, radny z sejmikowej komisji współpracy z zagranicą, uważa że do tej pory region kompletnie nie wykorzystał możliwości związanej z istnieniem biura regionalnego w Brukseli.
    - Tymczasem ze względu na potencjał Śląska powinniśmy mierzyć do najlepszych, m.in. biur regionalnych niemieckich landów - mówi Naturski. - Najbogatszy z nich, Bawaria, ma siedzibę większą niż polska ambasada w Brukseli, a ciekawostką jest fakt, że na kupno działki na której stoi nie było stać polskiego rządu, gdy w latach 90-tych usiłował kupić ziemię pod budowę placówki. Bawarskie biuro na dodatek zatrudnia kilkudziesięciu pracowników.
    Eurodeputowana Grabowska jest przekonana, że to regionalne Biuro powinno pełnić rolę śląskiej ambasady w stolicy Europy, a nie skupiać się jedynie na organizowaniu wizyt samorządowych notabli.
    - Główna misja pracowników biura to przede wszystkim nawiązywanie mniej lub bardziej formalnych kontaktów z przedstawicielami unijnej administracji. Właśnie od takich znajomości wiele zależy. Zgoda, nie jest to zadanie, które można zrealizować w ciągu miesiąca, ale długofalowa praca, która nie kończy się wraz z zakończeniem godzin urzędowania. To także bywanie na towarzyskich spotkaniach - wyjaśnia Naturski. - Zorganizowanie wystawy, czy wizyty dziś już nie wystarczy. Trzeba mieć kajet pełen ważnych telefonów i skorzystać z nich, gdy przyjdzie czas.
    - My nawet nie mamy porządnej siedziby i wynajmujemy pomieszczenia od przedstawicieli hiszpańskiej Asturii - ubolewa prof. Grabowska. - Swego czasu proponowałam, by wszystkie polskie regiony kupiły w Brukseli jedną kamienicę i tam ulokowali biura z jedną administracją i dwoma służbowymi samochodami. Niestety nie udało się dojść do porozumienia.
    Od niedawna brukselskim biurem jednoosobowo zarządza nowa dyrektor 28-letnia Magdalena Chawuła, która wygrała rozpisany swego czasu konkurs na stanowisko dyrektora. Obecnie trwa też nabór na dwóch dodatkowych pracowników.
    - W tym roku sejmik poważniej potraktował rolę biura i zwiększył jego budżet do ponad miliona złotych, wcześniej w 2007 roku było to 650 tysięcy złotych - wyjaśnia Naturski.
    Jedynie 20 proc. tej kwoty pójdzie jednak na promocję regionu, zaś resztę zjedzą czynsz za wynajem siedziby oraz płace. (Warto dodać, że tzw. minimalne wynagrodzenie wynosi 2 tys. 807 euro.)
    - Liczę, że uda mi się przełamać impas - twierdzi Chawuła, absolwentka politologii Uniwersytetu Śląskiego. (...)
    - Nowa pani dyrektor ma rok na wykazanie się skutecznością - dodaje Naturski. - Wtedy radni ocenią działalność biura.

    Rozbark upada na naszych oczach
    Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2008.02.12, Nowy Rozbark? Wiecie, rozumiecie, procedury
    Mimo że pojawił się inwestor, który chce rewitalizować tereny po bytomskiej kopalni Rozbark, na razie to niemożliwe. - Wszystko przez skomplikowane procedury - tłumaczy właściciel terenu - Spółka Restrukturyzacji Kopalń.
    Przez ponad 180 lat kopalnia Rozbark przypominała tętniące życiem górnicze miasteczko. Oprócz szybu, budynku maszyn wyciągowych i cechowni, czyli tego co ma każda kopalnia, Rozbark miał własną kuźnię, kotłownię, laboratorium i remizę strażacką. Przez prawie dwa stulecia węgiel utrzymywał całą dzielnicę. Cztery lata temu, kiedy kopalnia przestała fedrować, zabytkowymi budynkami zainteresowali się złomiarze. Obracali w perzynę kolejne hale. Do dziś ocalało niewiele, w tym unikatowa stara cechownia.
    Miasto od kilku już stara się przejąć pokopalniane tereny od Spółki Restrukturyzacji Kopalń. Do magistratu zgłosił się nawet inwestor, który chce zainwestować w to, co zostało po Rozbarku. Mayfield Poland ma pomysł, żeby stworzyć tu nową dzielnicę miasta. Spółka jest częścią brytyjskiej grupy kapitałowej Fordgate. - Miejsce miałoby łączyć funkcje mieszkalne, handlowo-usługowe i kulturalne. Liczymy, że do tego celu uda nam się zaadaptować jak najwięcej pokopalnianych zabudowań, które później będą punktami rozpoznawczymi dzielnicy. Dopiero pracujemy nad koncepcją Nowego Rozbarku, a całe przedsięwzięcie zajmie kilka lat - wyjaśnia Jerzy Hańczewski, prezes Mayfield Poland.
    Na razie plany wobec Rozbarku przypominają trochę dzielenie skóry na niedźwiedziu. Mimo obietnic SRK teren pomiędzy ulicami Chorzowską i Łagiewnicką wciąż nie może stać się własnością miasta. - Spółka to trudny partner do rozmów - przyznaje dyplomatycznie Katarzyna Krzemińska-Kruczek, rzeczniczka bytomskiego magistratu - Ostatni termin jaki się pojawił to wiosna tego roku.
    Wszystko rozbija się o to, że grunty po Rozbarku należą do SRK, a dług wobec miasta, na podstawie którego Bytom miałby przejąć ziemię, należy do Bytomskiej Spółki Restrukturyzacji Kopalń. Sprawy wcale nie ułatwia fakt, że właścicielem BSRK jest Spółka Restrukturyzacji Kopalń. - Wszystko opóźniają skomplikowane procedury (...) - ocenia Marek Tokarz, prezes Spółki Restrukturyzacji Kopalń.
    - Liczy się każdy dzień. Niektóre budynki są w tak złym stanie, że niedługo nie będzie już czego rewitalizować - mówi Krzemińska-Kruczek.

    Balkan powróci na Nikiszowiec?
    Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2008.02.11, Kolejka Balkan. Powrót na Nikiszowiec?
    Kolejka Balkan była kiedyś wizytówką Nikiszowca. Woziła ludzi z Giszowca do Szopienic. Czy jej powrót do dzielnicy jest możliwy?
    Na spotkanie z mieszkańcami Nikiszowca przyszedł Ryszard Springer. Jego ojciec, inżynier Józef Springer, był członkiem ścisłego kierownictwa kopalni Giesche. Gdy pan Ryszard przejął mikrofon, zaproponował, by kolejka Balkan znów pojawiła się w dzielnicy. Oczywiście nie korzystałaby już z torów, bo ich nie ma, ale może to być stylizowana lokomotywa z wagonikami na kołach. Jego pomysł wywołał aplauz zgromadzonych.
    - Balkan byłby widomym znakiem zmian, a poza tym przyciągnąłby turystów - mówi Springer. - Kolejka nie musiałaby jeździć swoim historycznym szlakiem. W pobliżu Nikisza jest Dolina Trzech Stawów, a tam kemping, na którym zatrzymują się turyści. Kołowa kolejka mogłaby spokojnie tam docierać i zbierać bywalców kempingu na wycieczki po Nikiszu. Skorzystaliby także mieszkańcy Nikisza, którzy w ciepłe dni wypoczywają na Trzech Stawach.
    Przed wojną kolejka Balkan przewoziła pracowników kopalni Giesche z osiedla Giszowiec, ale korzystała z niej miejscowa ludność. - Kolejka była bezpłatna! Pierwszy przystanek był na Giszowcu, dzisiaj w tym miejscu jest sklep Plus. Ostatni pasażerowie wysiadali na pograniczu Nikiszowca i Szopienic, na terenie dzisiejszych kortów tenisowych - mówi Krzysztof Soida, główny specjalista w PKP Cargo w Katowicach, miłośnik transportu szynowego. Jego zdaniem z pomysłem rekonstrukcji Balkanu można pójść jeszcze dalej i odbudować tory kolejki. (...)
    Tymczasem Springer już działa. Znalazł firmę we Wrocławiu, która produkuje i wypożycza stylizowane kolejki. Może latem można by wynająć kolejkę i sprawdzić, ile osób będzie z niej korzystało.
    - Balkan na kółkach mógłby jeździć już pod koniec czerwca. Mamy dwa wagoniki, w których mieści się 40 osób. Za każdy dzień pobieramy opłatę w wysokości 2,5 tys. zł - mówi Wojciech Świtalski, szef wrocławskiej firmy.
    - Postaram się założyć konto na rzecz Nikiszowca, gdzie będę zbierał pieniądze na Balkan - mówi Springer.

    Kobiety będą mogły fedrować na kopalniach
    Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2008.02.10
    W maju polski rząd wypowie międzynarodową konwencję zabraniającą kobietom pracy na dole. Dla spółek węglowych może to oznaczać kłopoty.
    Choć dziś na samą myśl o paniach fedrujących na przodkach wielu dyrektorów kopalń tylko się uśmiecha, niedługo mogą im zrzednąć miny. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej zapowiedziało, że do końca maja tego roku polski rząd wypowie 45. konwencję Międzynarodowej Organizacji Pracy, która zabrania zatrudniać kobiet na dole kopalń. Chodzi o dostosowanie naszego prawa do uregulowań unijnych, które zakazują jakiejkolwiek dyskryminacji.
    Formalnie zakaz przestanie obowiązywać prawdopodobnie jesienią 2008 roku. Od tego czasu spółki węglowe będą miały obowiązek rozpatrywać podania kobiet na takich samych zasadach jak mężczyzn. Odrzucenie CV do pracy pod ziemią tylko dlatego, że złożyła je kobieta, może skończyć się w sądzie pracy. Pod warunkiem oczywiście, że znajdą się panie chętne do fedrowania węgla.
    - Nie można nikomu zabronić bycia górnikiem tylko dlatego, że jest kobietą. To dyskryminacja ze względu na płeć - mówi Bożena Diaby z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Dodaje, że konwencję można wypowiedzieć tylko raz na dziesięć lat i w maju Polska na pewno to zrobi. - Oczywiście nikt nie będzie rzucał teraz hasła: wszystkie kobiety zjeżdżają na dół. Dostęp do zatrudniania kobiet i mężczyzn musi być jednak równy - przekonuje Diaby i przypomina, że jeszcze nie tak dawno nikt nie dopuszczał myśli, by panie służyły w armii. Dziś pilotują myśliwce.
    Gdy pojawiły się pierwsze zapowiedzi, że Polska chce wypowiedzieć konwencję, spółki węglowe podchodziły do nich z lekceważeniem. Teraz spuściły nieco z tonu, a przedstawiciele Kompanii Węglowej skontaktowali się nawet z resortem pracy, by poznać nieco więcej szczegółów. Nadal jednak kwestia zatrudnienia kobiet na dole budzi emocje.
    - Szczerze mówiąc, trudno to sobie wyobrazić. Oczywiście technika górnicza cały czas się rozwija, ale praca na przodku nie polega na naciskaniu guzików. To ciężka fizyczna harówka. Kobietom byłoby trudno temu podołać - mówi Zbigniew Madej, rzecznik Kompanii Węglowej. Zapewnia jednak, że gdy pojawi się podanie od kobiety, zostanie potraktowane poważnie. - Kandydatka będzie skierowana na badania lekarskie, tak samo jak mężczyzna - mówi Madej. (...)
    Gdyby nie brak rąk do pracy wypowiedzenie konwencji w ogóle nie budziłoby zainteresowania. Przez wiele lat kopalnie nie przyjmowały nowych pracowników. W tym roku jednak spółki węglowe chcą zatrudnić aż osiem tysięcy nowych ludzi. Tylko Kompania Węglowa będzie miała cztery tysiące wakatów. Nie można więc wykluczyć, że znajdzie się kilka odważnych pań, które zdecydują się jeżeli nie na pracę pod ziemią, to przynajmniej na złożenie podania. - Wiadomo, że raczej żadna kopalnia nie zatrudni kobiety do fedrowania. Ale zmiana przepisów może utrudnić nam życie, gdy jakaś uparta, walcząca feministka złoży do sądu sprawę o dyskryminację - mówi jeden z wysokich przedstawicieli branży górniczej. Dodaje, że temat jest delikatny, dlatego woli zostać anonimowy.
    W jednym przedstawiciele spółek węglowych są zgodni. Kwestia osobnych łaźni, toalet czy przebieralni nie byłaby większym problemem. Kobiety pracują przecież na kopalniach, tyle że w działach przeróbki węgla. W Kompanii Węglowej 25 pań zjeżdża regularnie pod ziemię: to geolożki, geofizyczki czy lekarki. - To jednak coś innego niż praca fizyczna - zastrzega Madej.
    Mało kto pamięta, że do 1958 roku kobiety pracowały fizycznie na przodkach. Po wypadku, gdy jednak z górniczek straciła rękę, Polska przyjęła jednak 45. konwencję MOP i wprowadzono zakaz zatrudniania kobiet na dole.

    Znikający słup graniczny
    Gazeta Opolska, Dorota Kłonowska 2008.02.07
    Głęboka dziura w ziemi pozostała po ważącym kilka ton, trzymetrowym, granitowym słupie, który wyznaczał granicę pomiędzy Opolszczyzną i Dolnym Śląskiem. Brak słupa zauważył mieszkaniec Osin i zawiadomił wójta Kamiennika, Kazimierza Cebrata.
    - Od razu pomyślałem, że ktoś go ukradł - mówi wójt.
    Okazało się, że słup leżał obok. Wyglądał tak, jakby przygotowano go do wywózki. Od razu zawiadomiono wojewódzkiego konserwatora zabytków, który zdecydował, że bezpieczniej będzie przewieźć słup do nyskiego muzeum.
    Ale słup nagle zniknął...
    - Sprawa wyjaśniła się po telefonie z magistratu z Ziębic - opowiada Kazimierz Cebrat. Okazało się, że to oni w obawie przed kradzieżą przewieźli granicznego kolosa do tamtejszego Zakładu Gospodarki Komunalnej. Wójt Kamiennika i burmistrz Ziębic doszli do wniosku, że słup powinien trafić nie do muzeum, lecz z powrotem na granicę województw, gdzie stał od XIII w.
    Zdaniem Mariusza Krawczyka, archeologa z muzeum w Nysie, jest to wysokiej klasy zabytek, jeden z nielicznych obelisków Księstwa Nyskiego. (...)

    ŚląskiemiastawZŚ! >dolnośl.:Bystrzyca|Kłodzko|Wrocław|Ząbkowice >górnośl.:Bytom Bielsko-Biała | Cieszyn | Chorzów | Czeski Cieszyn | Gliwice | Jastrzębie-Zdrój | Karwina Katowice | Mikołów | Mysłowice| Opawa | Opole | Ostrawa | Piekary | Pszczyna | Racibórz Ruda | Rybnik| Siemianowice | Świętochłowice | Tarnowskie Góry | Tychy | Wodzisław Zabrze | Żory  >wsie: Lasowice
    Zobacz Śląsk!>

    Polecamy
  • Mysłowicki Portal
  • Woj. Śląskie
  • Katowice
  • Śląsk Wrocław
  • Autostrada A4


  • Informator regionalny województwa śląskiego

    © Copyright by Zobacz Śląsk 05-08
    O serwisie | Regulamin | Współpraca | Kontakt                           Reklama | Strony WWW | Poligrafia